Filmowe podsumowanie 2018 roku

Nigdy wcześniej nie pisałam całorocznego podsumowania dotyczącego filmów, ale w tym roku tyle ich obejrzałam że po prostu muszę się tym podzielić i utrwalić te wrażenia. Dlatego zacznę statystycznie:

Ilość filmów widzianych w 2018 roku po raz pierwszy: 71
Ilość filmów widzianych w 2018 roku po raz nie wiem który: tak z 10 wleciało na pewno

Poniżej przedstawiam kolaże z plakatami obejrzanych filmów, nie uwzględniałam tutaj tych oglądanych ponownie, ale postaram się pod koniec coś o nich wspomnieć.


Styczeń zaczął się bogato- 12 obejrzanych filmów, a wśród nich Harry Potter. Tylko jeden bubel, czyli Siódmy syn i dwa które zaliczam do ulubionych- Narzeczony na niby i Listy do Julii.


Ta grafika wygląda śmiesznie, ale w sumie wiele dziewczyn pragnie Harry'ego Pottera czyż nie?
Luty to również koniec Magicznych Piątków na TVN-ie i koniec mojego pierwszego copiątkowego maratonu z HP. To była moja mała dwumiesięczna tradycja, wracałam z pracy i zasiadałam przed telewizorem.


Marzec. Jeśli się nie mylę to wtedy wystartowałam z darmowym miesiącem próbnym na Netflixie i tak się załamałam jakością tych filmów- Miłość aż po ślub czy Be somebody, że zrezygnowałam. Potem wróciłam, lecz to historia na później. Ale. Obejrzałam też ostatnią część Pitch Perfect i zaczęłam przygodę z Fantastycznymi zwierzętami, które okazały się jednym z większych odkryć minionego roku.


Kwiecień był jednym z najuboższych miesięcy, ale w sumie przemogłam się do czwartej części Alvina i Wiewiórek, która okazała się lepsza niż myślałam, wreszcie obejrzałam Bestię i Ukryte piękno.



Na tej grafice znajdują się cztery miesiące oglądania- maj, czerwiec, lipiec i sierpień oraz prawdopodobnie najlepszy film 2018 roku jak i jeden z najlepszych w moim życiu. Mowa o Obdarowanych, pisałam o nim w podsumowaniu maja więc jak ktoś jest chętny to zapraszam. Ten przedział czasowy był bogaty w fajne filmy, bo w zasadzie tylko dwa z nich (Most do Terabithii oraz The breakfast club) mnie nie zadowoliły.


Wrzesień również mnie nie rozczarował. Miałam ochotę na Czerwień Rubinu, potem ciężko było nie kontynuować Błękitu Szafiru, a na końcu okazało się że nie oglądałam wcześniej Zieleni Szmaragdu, mimo iż byłam przekonana że tak. Pozostałam w klimacie niemieckich produkcji i obejrzałam dwie części Wichra i wróciłam na Netflix. Wiązało się to z serialem, o którym opowiem później, ale rzutem na taśmę obejrzałam Swatamy swoich szefów oraz Sierra Burgess jest przegrywem- oba bardzo fajne.


Niestety potem przyszło kolejne załamanie Netflixowskie, bo poświęciłam czas na Chwyć życie za włosy oraz Miłosny algorytm, o których aż szkoda gadać i obejrzałam dwa inne które nie były złe, ale po prostu nie zapadły mi w pamięci. Serce nie sługa zraziło mnie do lubianych aktorów, Szybcy i wściekli byli spoko, ale raczej nie wyczułam ich fenomenu, byłam na Klerze, chwyciłam za film z lat osiemdziesiątych, zawiodłam się na trzeciej części jednej z uwielbianych animacji i zapoznałam się z dwiema częściami Iluzji, które również są filmami roku.



No i dwa ostatnie miesiące roku. Byłam w kinie pięć razy, w tym dwa na drugiej części Fantastycznych Zwierząt, zachwycałam się Eddiem Redmaynem, szukałam plakatu z Teorii wszystkiego bez napisów, bo jest obłędny i nadający się na powieszenie na ścianie, widziałam Bravetown które totalnie mnie powaliło i miło zaskoczyło, drugą część Planety Singli (okazała się chyba nawet lepsza od jedynki) i kilka animacji.

Najlepsze filmy 2018: Listy do Julii, Narzeczony na niby, cały Harry Potter, obie części Fantastycznych Zwierząt, Pitch Perfect 3, Millerowie, Obdarowani, Mamma Mia:Here we go again, Do wszystkich chłopców, których kochałam, Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek,Król rozrywki, Czerwień rubinu, Błękit szafiru, Zieleń szmaragdu, Wicher, Wicher 2, Sierra Burgess jest przegrywem, Iluzja, Iluzja 2, Teoria wszystkiego, Bravetown, Planeta Singli 2.

Gdybym miała wybrać takie TOP 3, to wybrałabym te pogrubione tytuły, ale każdy z tych filmów sprawił, że nie mogłam się oderwać i dla mnie to jest najlepsza rekomendacja.


Najgorsze filmy 2018: Siódmy syn, Miłość aż po ślub, Chwyć życie za włosy, Miłosny algorytm, Serce nie sługa i nie do końca zły film, ale bardzo duże rozczarowanie- Hotel Transylwania 3. To już nie to samo co dwie wcześniejsze, moje ulubione części. Pogrubiony tytuł to najgorszy z najgorszych, trzymajcie się od niego z daleka.

Czy 71 filmów w roku to dużo czy mało? Według mnie dość sporo. Jak to się stało że tyle oglądam? Lubię to robić i w zeszłym roku wolałam coś oglądnąć niż poczytać, przynajmniej często się to zdarzało. Poza tym staram się tak organizować czas, by znajdować go na wszystko co uwielbiam, a filmy są tak samo ważne dla mnie jak książki. Zdarzały się miesiące że oglądałam jeden film w miesiącu oraz takie gdy było ich 12. Od września zanotowałam tendencję wzrostową, a to dlatego że gdy czeka mnie w życiu jakaś zmiana bądź stresujące wydarzenie to oglądam więcej, a tą zmianą były dla mnie studia.


Ulubieni aktorzy i aktorki 2018, czyli tacy od których nie mogłam oderwać wzroku bądź czymś mnie zachwycili: Amanda Seyfried, Eddie Redmayne, Chris Evans, McKenna Grace, Lily James, Jannis Newöhner, Lucas Till oraz Lady Gaga.
Netflix, czyli ile filmów stamtąd obejrzałam: 14, a polecić mogłabym jedynie 6.
Najpiękniejszy plakat: Teoria wszystkiego
Soundtrack, czyli najlepsze piosenki filmowe: soundtrack z Króla Rozrywki, trzy utwory z Narodzin Gwiazdy, wszystkie z Pitch Perfect 3, "Looking to closely" oraz "Let's hurt tonight" z Ukrytego Piękna.
Daty premiery: Najwięcej filmów, które widziałam miało premierę w 2018 roku i było ich 21. Z lat 2016-2017 było ich 12, a cała reszta czyli 35 pochodziła z czasów przed 2016 rokiem, najstarszy pochodził z 1985 roku.
Kinowe premiery 2019, na które czekam: Forever my girl,  Jak wytresować smoka 3, Planeta Singli 3, Ciemno prawie noc, Kraina lodu 2 i pewnie kilkanaście takich, o których premierze dowiem się w trakcie trwania roku.



Czy mam jakieś filmowe postanowienia na 2019? Chciałabym nadrobić trochę starszych polskich filmów, bo mam ogromne braki. Oglądać filmy z poleceń. Oglądać filmy z mojej prywatnej 12, którą sobie stworzyłam, czyli produkcji które odkładam już długo. I to chyba takie główne pomysły, nie sprecyzowałam sobie niczego więcej.

Ogólnie to chciałam połączyć to podsumowanie z tym serialowym, ale samo filmowe wyszło dużo za długie, także w przyszły weekend spodziewajcie się też podsumowania roku 2019 w serialach, będzie krótsze obiecuję!

Napracowałam się nad tym podsumowaniem kilka godzin, dlatego będzie mi bardzo miło wejść z Wami w dialog na temat filmów- czy to tych obejrzanych czy wyczekiwanych. Pochwalcie się Waszymi hitami i kitami 2018!

PS Wszystkie plakaty wykorzystane przeze mnie do stworzenia grafik pochodzą ze strony www.filmweb.pl 
Czytaj dalej

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

#bestnine2018//instagram//2018


Na dzień dobry dobry wieczór kolejne podsumowanie, tym razem powspominam sobie mój 2018 rok pod kątem czytelniczym. Muszę jednak przyznać że choć książek było sporo, to jednak mniej skupiałam się na tych, które chciałam poznać od dawna, a więcej uwagi poświęciłam nowościom. Nie do końca tak sobie wyobrażałam ten 2018, ale 2019 postaram się przeorganizować dokładnie tak jak tego chcę.

W 2018 poznałam 56 nowych historii plus co najmniej trzy którym zrobiłam reread. Większość z nich czytałam tak mniej więcej do września, potem zaczęłam studia i mam mniejszą ochotę na jakiekolwiek książki, w sumie przez te trzy miesiące poznałam ich 8- w najlepszych momentach czytałam tyle w jeden miesiąc. Z tych 56 historii bardzo dużo było tych przeciętnych, takich "na raz". Smuci mnie to trochę, bo zazwyczaj wybierałam łatwe historie- najpierw podczytywałam je w pracy i musiały one być proste, żebym mogła się od nich bez problemu oderwać, a potem kontynuowałam ten nawyk.

Zaniedbałam też mojego instagrama, którego prowadzenie porzuciłam równolegle z odseparowaniem się od bloga. Nie czuję chęci stuprocentowego powrotu na żadne z tych miejsc, zrezygnowałam także z mojej ostatniej współpracy recenzenckiej, która od pewnego czasu nie przynosiła mi frajdy i jestem teraz takim czystym kontem z ponad pięcioletnim blogowym stażem. Czy coś zmieni się w 2019 roku? Nie wiem. Na tę chwilę mówię że nie, nie wracam- ale przede mną całe 12 miesięcy, kto wie co one mi przyniosą?

Wyzwania. Postąpiłam mądrze biorąc udział tylko w dwóch- Wyzwaniu Bibliotecznym i Przeczytam tyle, ile mam wzrostu. Z tego pierwszego rezygnuję, a jeśli Karolina zechce kontynuować to wzrostowe, to dalej będę dzielnie walczyć, bo w zeszłym roku niestety się nie udało. Dodatkowo dorzuciłam sobie jeszcze moje prywatne wyzwanie, roboczo nazwane "2 za 1"- pamiętacie? Polegało ono na czytaniu dwóch książek z własnej półki i na ich miejsce kupowanie jednej nowej..tu poległam. Dużo kupowałam, najczęściej były to supermarkety, tanie księgarnie no i tradycyjnie-mnóstwo wymian. Zarabiając własne pieniądze łatwo jest popaść w pułapkę "mam to sobie kupię",    i bardzo nie polecam takiego postępowania. Dużo kupiłam pod wpływem impulsu i teraz książki leżą i się kurzą, a ja nawet nie pamiętam ich opisu. Zrobiłam porządną selekcję- dużo książek oddałam do biblioteki, trochę rozdałam, trochę sprzedałam, a dalej mam ich od groma i nie mam na nie pomysłu. Ostatni trzy miesiące były korzystniejsze, kupowałam mało i nie czułam też takiej potrzeby- w 2019 czytam z własnych półek i kupuję jak najmniej i tylko to, czego jestem pewna że będę chciała zatrzymać.

Rok 2018 to rok, w którym napisałam na bloga najmniej postów w całej mojej "karierze". Nawet pierwsze półrocze blogowania przyniosło ich wiele więcej. Bardzo ograniczyłam moją obecność tutaj, na razie dodaję jedynie podsumowania miesięcy i jak widać-podsumowania roczne. W tym roku po raz pierwszy pokusiłam się również o takie filmowe, bo oglądałam w tym roku sporo rzeczy (więcej niż książek!) i chciałabym sobie to utrwalić, pojawi się ono na dniach.

Plany na 2019 rok? Mniej kupować, rozważnie dobierać sobie książki do czytania i sięgać po nowe gatunki. W minionym roku po raz pierwszy przeczytałam książkę po angielsku i zaczęłam kolejną, mam nadzieję że teraz będzie jeszcze owocniej!

A teraz zbiorczo pokażę najlepsze książki i rozczarowania minionego roku:

ZASKOCZENIA 2018


Nieobecne na zdjęciu "Ofiara losu" i "Niemiecki bękart" to kontynuacje jednej z moich ulubionych serii i jednocześnie wspaniałe kryminały łączące przeszłość z teraźniejszością. "Dwór mgieł i furii" pochłonął mnie całkowicie, zdecydowanie lepszy niż tom pierwszy. "Listy do utraconej" oraz "To skomplikowane.Julie" to dwie najwspanialsze historie zeszłego roku, takie do których już kilkukrotnie wracałam chociażby we fragmentach i jedne z najwspanialszych opowieści dla młodzieży na świecie. "Nie mów nikomu" również mnie zachwyciło, oby rok 2019 był bogaty w Cobena. Julia Quinn jak zwykle mnie nie zawodzi, po jej opowieści sięgam w ciemno (tym razem "Tylko ta noc"), tak samo seria z Chyłką i "Testament". Jenny Han mocno mnie zaskoczyła tak słodką, ale nie za słodką młodzieżówką, a "Flat-Out Matt" to pierwsza w całości przeczytana książka po angielsku i dodatek do "To skomplikowane.Julie", którą uwielbiam-zresztą wyżej już o tym pisałam :)

ROZCZAROWANIA 2018


Dwie najgorsze przeczytane w zeszłym roku książki, których nie poleciłabym nigdy to "Nauczyciel tańca" i "99 dni lata"- straciłam na nie czas i zwątpiłam w autorki. Trzy kolejne to rozczarowania, okazało się że czegoś mi w nich zabrakło- porywającej historii, lepszego stylu pisarskiego, lekkości opowieści. A "Fight club" pod pewnym kątem podziwiam za przesłanie, jednak nie przemawia do mnie jego forma i naprawdę męczyłam się podczas lektury.


Z ciekawości rozpisałam sobie również pewne rzeczy statystycznie. Wygląda na to, że chętniej czytałam książki napisane przez kobiety (46) niż przez mężczyzn (10). Nigdy nie zwracam szczególnej uwagi na płeć autora, chociaż prawdą jest że moim pierwszym typem, niezamierzenie zawsze są opowieści wychodzące spod damskiej ręki. Poznawałam też sporo nowych dla mnie autorów (27), a trochę rzadziej sięgałam po znanych twórców (17). Zdarzało się, że poznawałam pewną książkę, a potem dwie kolejne od tej samej osoby- tak było na przykład z Sarą J.Maas. Zaczęłam sporo nowych serii (17), a już teraz wiem że kilka z nich na pewno sobie odpuszczę. Zakończyłam tylko jedną, a 12 było środkiem jakiejkolwiek serii. Najwięcej czytałam historii jednotomowych (27) i podejrzewam że tendencja ta się utrzyma.

Na moich półkach znalazły dom 53 nowe książki, co dla mnie jest liczbą sporo za dużą, biorąc pod uwagę jak wielu z nich nie przeczytałam (27). Na ten 2019 rok życzę sobie mniej kupowania, a więcej czytania tego co już mam i częstszego odwiedzania bibliotek.

Czy są książki, na które szczególnie czekam w 2019? Pojawi się coś nowego od Camilii Lackberg i "P.S Wciąż Cię kocham" Jenny Han, ale tak szczerze? Ostatnio żyję pod kamieniem jeśli chodzi o wydawnicze nowości, więc jest pewnie kilka innych na które czekam i o tym nie wiem ;)

Koniecznie podrzućcie linki do Waszych rocznych czy grudniowych podsumowań- ostatnio częściej tu bywam i więcej komentuję, więc chętnie zajrzę i do Was, jeśli jeszcze mnie tam nie było :)
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca-grudzień 2018

Zaczynam pisać to podsumowanie w poniedziałek, trzeciego grudnia. Być może brzmi to dziwnie by pisać o minionym miesiącu, kiedy ten dopiero się zaczyna, ale chcę poeksperymentować i codziennie, bądź w miarę często dopisywać nowe rzeczy do tego posta. Aktualnie mam o czym pisać, bo w tym momencie przeczytałam w grudniu jedną książkę i obejrzałam dwa filmy, a to dlatego że pojechałam spontanicznie na weekend do domu, bo się pochorowałam i siedzenie samej w akademiku wyglądało mało przyjemnie. Ale już wróciłam i czekam aż załaduje mi się video z kursu efektywnej nauki od Ani- kto jeszcze nie zna najlepszego studenckiego bloga w sieci, to warto zajrzeć!

Odkąd w październiku zaczęłam studia to czytam zdecydowanie mniej. Oczywiście mam masę notatek i lektur na zajęcia czy też ich fragmentów, ale najczęściej jest tak że gdy mam czas wolny to wolę go przeznaczyć na film czy serial niż dalej siedzieć nad literami. I to w sumie widać w tym podsumowaniu :) Ale jak patrzę z perspektywy czasu, to od kilku miesięcy utrzymywała się tendencja spadkowa w moim czytelnictwie, ostatni rok nie przyniósł mi tyle wspaniałych lektur co poprzedni, ale też przeczytałam mniej. Jestem w trakcie pisania całorocznego podsumowania, więc tam rozpiszę to sobie wyraźniej, ale w 2018 roku poznałam więcej oszałamiających filmów aniżeli książek.

Jeszcze we wrześniu oglądałam film Pawła na temat studiów i padło tam stwierdzenie typu, że październik to pestka, w listopadzie zaczyna się nauka, a grudzień to miesiąc bardzo smutny i ponury. I w sumie muszę się z tym zgodzić. Bo o ile przez październik przepłynęłam z uśmiechem na ustach i stwierdzeniem "kocham moje studia", to w listopadzie zaliczyłam pierwszą załamkę pod tytułem "rzucam to wszytko". Było to jednorazowe i krótkie, ale dopiero pod koniec listopada i początkiem grudnia poczułam się niczym. Miałam taki tydzień że notorycznie zasypiałam na zajęcia i albo się spóźniałam, albo budziłam się spektakularnie o 8.10 kiedy zajęcia zaczynałam o 8. Nie miałam siły się uczyć, ratowała mnie tylko kawa a i tak najchętniej przesypiałabym całe dnie. Na domiar złego rozwinęło się u mnie przeziębienie, które spowodowało mój powrót do domu na weekend, a potem załamanie że nie chcę wracać do Krakowa, tylko zostać u siebie. Było mi bardzo ciężko, ale potem w moje ręce wpadł kurs efektywnej nauki od Ani. Uznałam że muszę coś ze sobą zrobić i ogarnąć jakoś te studia na tyle, na ile dam radę i nagle poczułam się lepiej. Przyswajam nowe dla mnie metody i je testuję i dalej się potykam, bo na przykład jestem pytana z rzeczy których nie zdążę przygotować i muszę się pojawić na dyżurze, ale lecę do przodu. I w sumie to lubię.


Grudzień to też miesiąc drobnych radości. Zapisałam się jak dawczyni szpiku do bazy DKMS, spacerowałam w śniegu, eksperymentowałam w kuchni, spotykałam się z przyjaciółmi, byłam na bożonarodzeniowym jarmarku, piekłam pierniczki, rozwiesiłam świąteczne lampki na półkach z książkami i pewnie robiłam masę innych rzeczy, których teraz już nie pamiętam. Były święta, był sylwester- wszystko wspominam niesamowicie dobrze i po raz kolejny na myśl o powrocie do Krakowa czuję się smutna. Zbliża się sesja i akurat w niej wypada mi jeden egzamin, wszystkie inne mam na ostatnich zajęciach z przedmiotu, ale jak dobrze pójdzie to będę mieć sporo wolnego i mocno tego pragnę.

Nie udało mi się codziennie przez cały grudzień dopisywać cokolwiek do tego podsumowania, dobrze mi szło przez kilka pierwszych dni, a potem pochłonęły mnie między innymi studia. Może w styczniu spróbuję ponownie, kto wie.


Książki:

  • "Więcej niż my"-Jay McLean- Bardzo długo czekałam na polskie wydanie tej książki, a kiedy doszło ono do skutku i dostałam szansę by się z nią zapoznać, okazało się że czekałam zbyt długo i opowieść nie spełnia już moich oczekiwań. Jest bardzo prosto skonstruowana i większość zagrań fabularnych można łatwo odgadnąć, problemem są dotyczące ich szczegóły, które bardzo często bywały przerysowane. Dodatkowo ta historia jest słodka aż do bólu, narracja z dwóch perspektyw pokazuje nam jak jemu zależy na niej i odwrotnie, ale sami kręcą się wokół siebie i twierdzą "nic tylko przyjaźń", jednocześnie śpiąc razem w łóżku, całując się i robiąc wiele innych nietypowych dla tylko-przyjaciół rzeczy. Nie mogę jednak odmówić autorce że napisała powieść lekko, przez nią po prostu się płynie i momentami naprawdę byłam szczerze zainteresowana tym jak coś się rozwinie. Szkoda tylko że im dalej w las, tym bardziej byłam znudzona podchodami głównych bohaterów i ich relacją.
  • "Polska odwraca oczy"-Justyna Kopińska- czytałam ją dwa tygodnie, mniej więcej po jednym reportażu dziennie i zazwyczaj w komunikacji miejskiej. Ciężko mówić o smutnych reportażach że są bardzo dobre, ale tutaj w zasadzie tak jest. Ten dotyczący żony Trynkiewicza sprawił że aż przecierałam oczy ze zdziwienia, ale zbulwersowały mnie te mniej popularne. Te dotyczące zwykłych ludzi, którzy często żyją wokół nas, te najmniej głośne i najbardziej trafiające w serce. To był mój pierwszy w życiu zbiór reportaży i z pewnością będę kontynuować moją przygodę z tym gatunkiem.
  • "Niemiecki bękart"- Camilla Lackberg- uwielbiam tę autorkę, uwielbiam tę serię, uwielbiam tę książkę. Tytuł jest bardzo źle dobrany, bo czytelnik od razu wie z czym będzie miał do czynienia, ale to jak dwutorowo rozgrywa się akcja, to połączenie przeszłości i teraźniejszości- nigdy nie potrafię sobie odmówić jeszcze jednego rozdziału i kończy się na położeniu się spać o 4 nad ranem. Po raz pierwszy w życiu zarwałam noc dla książki, ale nie mogłam inaczej. Wciągająca, jak zawsze z fajną intrygą kryminalną i stopniowo odkrywanymi kartami- no cudo. Od bardzo dawna nie poznałam książki, która w takim stopniu by mnie pochłonęła i wiem że na Camillę Lackberg zawsze mogę liczyć gdy potrzebuję czegoś naprawdę dobrego.
Filmy:
  • EARL I JA I UMIERAJĄCA DZIEWCZYNA- Po części porównałabym ten film do "Gwiazd naszych wina", "Keith" czy "Szkoła uczuć", ale tylko po części, bo jedyny wątek który je łączy to motyw umierania. Tutaj zostało to przedstawione na zasadzie przyjaźni bez żadnych romantycznych ciągotek. Niegłupi był ten film, ale jednak się na nim mocno wynudziłam. Scenariusz był super, ale moim zdaniem film jest za długi.
  • BARBIE I PODWODNA TAJEMNICA 2- Zawsze lubiłam opowieści o Barbie i chociaż z wiekiem z nich wyrastam, to czasem przy sprzątaniu czy gotowaniu kątem oka zerkam na ekran telewizora i oglądam. Tak było i tym razem. Barbie jak to Barbie- różowo, szczęśliwie i z wątkiem przewodnim, tym razem syrenek :)
  • NARODZINY GWIAZDY- w październiku poznałam Shallow i od tamtej pory nie mogłam się doczekać filmu. Ogólnie Lady Gaga w tym filmie to złoto i piosenki to też złoto. Jestem w totalnym szoku jaką piękną i wyrazistą twarz ma Gaga, która zawsze ukrywa ją pod toną makijażu. Piosenki i głos głównej bohaterki trafiają prosto do serca, a ostatnia scena wycisnęła mi łzy z oczu, ale... film jest momentami nudny. Niektóre sceny są długie i spokojne i czasem naprawdę zastanawiałam się ile jeszcze czasu spędzę w tym kinie, ale choć znawcą nie jestem- to uważam to za całkiem niezły reżyserski debiut Coopera.
  • KSIĄŻĘ CZARUŚ- znalazłam gdzieś w odmętach facebooka tę oto piosenkę i zwiastun i tak mi się spodobały, że natychmiast chciałam poszybować do kina- sprawdzam sobie datę premiery i okazuje się że była ona bodajże kilka miesięcy temu. Bajka jest fajna, ale bohaterowie nie są ani powalający ani charyzmatyczni, a te teksty śmieszą chyba tylko dzieci. Jest to bajka skierowana właśnie do nich, nie jest na tyle uniwersalna by starszy odbiorca dobrze się na niej bawił.
  • BRAVETOWN- ten film to złoto i jeden z najlepszych obejrzanych w minionym roku. Nie jest specjalnie odkrywczy, ponieważ poznajemy nastoletniego didżeja, który przez problemy z prawem musi chodzić na terapię i przeprowadzić się do nigdy niewidzianego ojca. Ale dla mnie była to produkcja typu"od pierwszych minut wiesz że film się kiedyś skończy, ale bardzo chciałabyś tego uniknąć, by oglądać go w nieskończoność".
  • STRAŻNICY GALAKTYKI- kiedyś widziałam ponad połowę, w grudniu dokończyłam i jakoś Ci strażnicy średnio mi się podobają. Ogólnie to produkcje o superbohaterach są dla mnie czarną magią i znam może kilka, a już na pewno nie żongluję nazwami z którego uniwersum są, ale mimo wszystko średnio się na nim bawiłam.
  • RYBKI Z FERAJNY- Jestem trochę w tyle, jeśli chodzi o te starsze animacje dla dzieci i staram się powoli je nadrabiać- ta nie była zła i oglądało się ją całkiem przyjemnie, ale mimo wszystko nie będę do niej wracać z sentymentem.

Seriale:
  • TITANS- Jako dziecko byłam ogromną fanką animacji Teen Titans, a kilka miesięcy temu zobaczyłam zwiastun serialu... i o nim zapomniałam. Byłam w ciężkim szoku jak zobaczyłam go w grudniu i znów leciałam szukać daty premiery, a okazało się że było już dostępnych bodajże 7 polskich odcinków.Gdy oglądałam je jeden za drugim to ciągle miałam niedosyt, ale czekanie na dwa ostatnie jakoś tak osłabiło mój zapał. Rola Robina jest super i pozostałe postacie też lubię, podoba mi się Starfire- mimo iż wyglądowo ciągle mam do niej kilka zastrzeżeń bo nie tak wyglądała ona w wspomnianej wcześniej animacji. Na dobrą sprawę nikt nie wygląda tak samo, ale Cory odbiega najbardziej. Podoba mi się też powolne odkrywanie kart z przeszłości bohaterów i liczę na więcej!
  •  MIRACULOUS: BIEDRONKA I CZARNY KOT- Wspominałam już gdzieś tutaj, że jestem ogromną fanką tego serialu, mimo iż skierowany jest raczej do młodszej grupy wiekowej. Bywa naiwny i przesłodzony, a odcinki są zdecydowanie za krótkie i jest ich zdecydowanie za mało, ale jest w nim coś co sprawia że go uwielbiam. Zaczęło się od świątecznego odcinka, a potem poleciał cały drugi sezon, skutkiem czego nie przygotowałam się na jedne zajęcia i po prostu na nie nie poszłam. Drugi sezon to złoto. Już dzisiaj chyba trzeci raz używam tego słowa, ale przed ekranem spędziłam sporo godzin i wynalazłam trochę perełek. Zawsze mnie boli czekanie na nowy sezon, tak jest i tym razem, ale nareszcie coś ruszyło i nie mogę się doczekać jak to wszystko się rozwinie!
  • CHYŁKA: ZAGINIĘCIE- Nie mogę powiedzieć że był to najbardziej wyczekiwany przeze mnie serial ostatnich miesięcy, bo w tym wypadku zawsze pozostanę wierna książkom, ale naprawdę spodobał mi się dobór aktorów i byłam nim podekscytowana. Tak bardzo że przebudziłam się o czwartej nad ranem i uznałam że w sumie już nie usnę, to mogę obejrzeć te dwa odcinki. Niestety nie chciały mi się one załadować i odpuściłam, a nawet zasnęłam znowu. Włączyłam je kilka godzin później i cóż- podoba mi się. Niewiele już pamiętam z "Zaginięcia", które bardzo mi się wtedy podobało, lubię Pani Magdę jako Chyłkę, Filip Pławiak jako Zordon cały czas wywołuje uśmiech na mojej twarzy, kiedy jest taką trochę ciamajdą w pozytywnym tego słowa znaczeniu, a Kormak- ach Kormak! Zdecydowanie ukradł wszystkie sceny w których się pojawił. Miło zaskoczyła mnie również Pani Kasia Warnke, którą jakoś średnio lubię, a tutaj postać jaką kreuje i to jak moduluje głos, ma w sobie coś przyciągającego. Muzyka bardzo mi się podoba, a te krajobrazy to złoto- za mną na razie dwa odcinki, pakiet wykupię za jakiś czas gdy będzie więcej do oglądania, bo jednak nie lubię tak czekać tydzień na 40 minut seansu. Na razie serial na plus, chociaż książki to jednak książki- mam większe pole do popisu dla wyobraźni i jakoś tak jest to bliższe spotkanie niż wodzenie oczami po ekranie.
Tak wyglądał mój grudzień. Jeśli miałabym z tego podsumowania wybrać trzy rzeczy, które koniecznie chciałabym Wam polecić, to proszę: "Niemiecki bękart", "Bravetown" oraz "Miraculous". A Ty styczniu bądź dla mnie łaskawy i daj mi odpowiedzi na pierwszej czekającej mnie w życiu mitycznej sesji.
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca-listopad 2018

W poprzednim podsumowaniu miesiąca pisałam że moja obecność tutaj znacznie się ograniczy i początkiem listopada uznałam że póki co pojawiać się będą na pewno podsumowania miesiąca, a jak znajdę czas i ochotę by napisać coś więcej, to to po prostu się pojawi. Jestem zmęczona ilością identycznych informacji, opinii na temat tych samych książek, w moim profilu na bloggerze szczerze interesuje mnie mniej więcej co siódmy post,co jest dość smutnym zjawiskiem i chyba będę musiała zrobić jakieś generalne porządki i usunąć się z grona obserwujących u osób, gdzie nie widzę nic dla siebie. Bo "recenzje" nowości i to zazwyczaj książek, które teraz nie mają mi do zaoferowania nic wartościowego- są mi zbędne. Tak samo męczy mnie instagram, tam również przestałam zamieszczać tyle zdjęć co dawniej i powoli usuwam się w cień, chociaż tam sytuacja wygląda jeszcze inaczej- mam sporo kont które uwielbiam i cenię, ale bardzo dużo też takich przy których trzymają mnie tylko przepiękne zdjęcia, a to chyba też nie jest dla mnie wystarczające. Co mnie bawi i denerwuje zarazem- króciutkie posty w których ludzie na siłę próbują dowiedzieć się jaka jest czyjaś ulubiona książka, pora roku czy kolor. A ja chyba należę do gatunku człowieka, który woli samemu odkrywać takie rzeczy i to wśród znajomych, a nie setki przypadkowych osób o których nie wie nic. O przepraszam, teraz już zna czyjąś ulubioną książkę, porę roku i kolor. I co to komuś daje? Dodatkowo, często takie pytania pojawiają się z tłumaczeniem na angielski i choć rozumiem że to raczej na potrzeby zagranicznych odbiorców, to jednak dalej jest to dla mnie irytujące. Z góry przepraszam za ten mój żal-post, ale jako osoba obecna od ponad pięciu lat w blogosferze, cały czas śledziłam jej zmiany i kierunek w jakim podąża. Dla "świeżaków" to pewnie świetna zabawa, a dla mnie wszystko poszło o krok za daleko i pomijając pojedynczych blogerów- nie mam tu już czego szukać. Jednocześnie chciałabym pisać i tworzyć dla siebie pamiątkę i w jakimś stopniu to robię, te podsumowania wiele mi dają, pozwalają przypomnieć sobie dobre i złe chwile mojego życia. Czasem nie piszę o wielu rzeczach wprost, bo cenię sobie moją prywatność, ale gdy patrzę z perspektywy czasu to wiem co miałam na myśli i to taka świetna rzecz.

-------------------------
Okej, więc ten pierwszy akapit pisałam pod wpływem emocji jeszcze w pierwszym tygodniu listopada i w sumie moje zdanie podtrzymuję nadal, ale jest parę rzeczy o których również chciałabym wspomnieć. Aktualnie jest 22 listopada, pierwszy od dawna dzień kiedy mam szczerą ochotę napisać coś na bloga i kiedy mam na to czas. Połączenie tych dwóch rzeczy jest dla mnie kluczowe, bo w sumie przez cały ten miesiąc występowały jedynie przebłyski wolnych chwil, bez jakiegokolwiek mojego zaangażowania w to miejsce, które stworzyłam przecież od podstaw. Nie czuję chęci do pisania o książkach i aktywnego uczestnictwa w tym książkowym świecie i przez najbliższy czas nie planuję żadnego większego powrotu. Jak mówiłam: co miesiąc będzie pojawiało się podsumowanie miesiąca, które tworzę dla siebie, na pamiątkę- jeśli jednak są osoby zainteresowane mną i tym co piszę, to serdecznie zapraszam!


Nie chcę też zrezygnować całkowicie z pisania o książkach, będę o nich wspominać właśnie w takich podsumowaniach. Tu też kolejna sprawa- często brakuje mi już słów. Ileż książek jest teraz do siebie podobnych! Czytam tak dużo, a napisać o wielu z nich mogę praktycznie to samo. A te same treści dotyczącej mojej opinii zawrę w kilku zdaniach, miejsce dla nich zawsze znajdę w podsumowaniu, jak zawsze przeplatanym muzyką, która towarzyszyła mi w minionych tygodniach.



Książki:

  • "180 sekund"- Jessica Park- po wspaniałych "To skomplikowane. Julie" oraz "Flat-out Matt" byłam przekonana, że "180 sekund" będzie równie piękna i wciągająca jak dwie poprzednie, jednak mocno się pomyliłam. Teoretycznie niczego jej nie brakuje- jest przyjemna, dotyka kilku ciężkich problemów i ma sympatycznych bohaterów. Jednak jest tak bardzo wtórna, że to aż fizycznie mnie boli. Poza ciekawym eksperymentem 180 sekund, który trwał w sumie kilkanaście stron, wszystko tutaj już było. Zalękniona dziewczyna, cud-chłopak bohater, ciężkie tematy które nijak mnie nie poruszyły i brak jakichkolwiek emocji, które chyba książka miała wywołać. Jest przyjemna i miła, ale jednym okiem ta treść wlatuje, a drugim wylatuje i to jest jej największy problem.
  • "Fight Club"- Chuck Palahniuk- to jedna z tych książek, które odkładałam na wieczne później. Pojawiła się w moim ukochanym "Lecie koloru wiśni", a ja lubię książki w książkach i tak w sumie się zainteresowałam. Mimo to opornie, ale dzielnie czytałam ją przez dwa miesiące. "Fight club" to bardzo męska i twarda książka, która ma interesujące przesłanie by nie dać się zaszufladkować i żyć po swojemu i w jakiś pokrętny sposób doceniam fakt, że autor przedstawił to w tak totalnie inny sposób, do którego nie byłam i nie jestem przyzwyczajona. Ale z drugiej strony, tej silniejszej, nie trafia do mnie wizja całkowitej anarchii i niszczenia wszystkiego co dobre, ani nawet przedstawiona w tej sposób zasada "musisz upaść na samo dno, aby wzbić się wyżej". "Fight club" jest dość specyficzną książką i nie każdemu się spodoba, mimo to w jakiś sposób czasem wracam do niej myślami.
  • "Mów własnym głosem"- Regina Brett- nieplanowany zakup, potrzebny na spotkanie z autorką. To już drugie na którym byłam i w sumie lepsze, bo autorka powiedziała więcej niż kilka zdań i pokazała jak bardzo lubi wracać do Polski i co ceni w Polakach. "Mów własnym głosem" jest właśnie poświęcone naszemu narodowi, nawiązuje do rzeczy które Regina widziała i których się dowiedziała podczas wcześniejszych pobytów u nas, a jednocześnie jest to też książka o pisaniu. To właśnie jej ukończenie dało mi jednodniowy zastrzyk weny i motywacji do naskrobania tutaj kilku słów. Na pewno jest lepsza i ciekawsza niż "Bóg nigdy nie mruga" i moja wysoka ocena wynika też po części z mojej ogromnej sympatii do samej autorki, jednakże jest tylko kilka felietonów, które szczerze mnie zainteresowały, jak na przykład ten o klubie książki. Mam wrażenie że "Mów własnym głosem" jest skierowane właśnie do ludzi, którzy się boją i nie wiedzą co robić, a ja taki stan już przeżyłam i przepracowałam.Czasem miałam wrażenie że o wiele szybciej niż autorka wprowadziłam do swojego życia korzystne dla mnie zmiany i przez to nie potrafię całkowicie jej docenić.
Filmy:
  • PODATEK OD MIŁOŚCI- Bardzo długo czaiłam się na ten film i w sumie mogę powiedzieć, że mi się podobał. Jest inny od całej rzeszy polskich komedii romantycznych, do których jestem przyzwyczajona, mam wrażenie że ktoś popatrzył świeżo na sprawę i stworzył coś innego, jednak niekoniecznie coś, do czego chciałabym wracać. Bardzo drażniła mnie różnica wieku między dwójką głównych bohaterów i w sumie nie poczułam między nimi żadnej chemii, a postać grana przez Michała Czarneckiego tylko mnie irytowała, chociaż możliwe że to akurat wina samego aktora, którego gry aktorskiej szczerze nie lubię. Luźny i przyjemny, ale nie obejrzę ponownie.
  • TEORIA WSZYSTKIEGO- Przepiękny! Nigdy bym go nie włączyła gdyby nie główna rola Eddiego Redmayne'a, którego uwielbiam. Nie mogłam się doczekać na drugą część Fantastycznych Zwierząt, dlatego postanowiłam znaleźć inny film z tym aktorem, żeby chociaż trochę zaspokoić moją niecierpliwość i to był strzał w dziesiątkę! Z fizyką mi totalnie nie po drodze, ale ten film bardzo mnie poruszył i wycisnął łzy z oczu, jednocześnie byłam pełna podziwu, że nawet choroba nie przeszkodziła Stephenowi Hawkingowi w realizacji swoich celów i marzeń. A końcowe kilka minut to po prostu majsterszyk.
  • PLANETA SINGLI 2- Bardzo lubię pierwszą część, jednakże nigdy nie byłam jej wielką fanką, natomiast dwójka okazała się filmem, do którego z pewnością jeszcze wrócę. O wiele bardziej podobały mi się tutaj dialogi i ogólnie było więcej "mojego" humoru (wyłączając Panira, akurat on był dla mnie nieudany). Żałuję tylko że twórcy nie poświęcili więcej czasu na wątek Marcela, bo czuję wielki niedosyt. Z radością zobaczę trójkę!
  • BOHEMIAN RHAPSODY- Koniecznie chciałam zobaczyć ten film i koniecznie w kinie, bo uważam że pewne produkcje należy oglądać na wielkim ekranie, a przynajmniej po raz pierwszy. Nigdy nie byłam psychofanką Queen, ale uwielbiam ich muzykę i możliwość posłuchania jej w sali kinowej była cudowna! Sam film mi się podobał, nigdy wcześniej nie interesowałam się biografią Freddiego i z tego co słyszałam, film dużo też uciął, ale mi w sumie taka wiedza wystarczy. Problem z filmami dotyczącymi zmarłych osób polega na tym, że zawsze wiem jak się skończą, ale oglądając taką żywą postać na ekranie, postać która tak dużo światu zaoferowała i mogłaby dać jeszcze więcej, zawsze liczę że jednak taka historia skończy się inaczej. A tak się nie dzieje, a ja wychodzę z sali kinowej zapłakana.
  • FANTASTYCZNE ZWIERZĘTA I JAK JE ZNALEŹĆ & FANTASTYCZNE ZWIERZĘTA: ZBRODNIE GRINDELWALDA-oglądałam w tym miesiącu kilka wspaniałych i resztę bardzo dobrych filmów, ale to te dwa, a w zasadzie ten drugi (bo jedynkę znałam już wcześniej) kończy z etykietką "najwspanialszy". Jestem bardzo nieobiektywna jeśli chodzi o Fantastyczne Zwierzęta-widzę że fabuła to jeden wielki chaos, ale tak bardzo kocham bohaterów, tak bardzo nie mogę oderwać spojrzenia od Newta, że każda wada jest mi praktycznie obojętna. Byłam w kinie dwa razy, nigdy nie zdarzyło mi się dwukrotnie pójść do kina na ten sam film, a teraz łapię się na tym, że poszłabym jeszcze raz.
  • LISTY DO JULII- Oglądałam ten film po raz drugi, albo nawet trzeci i dalej zachwyca mnie tak samo. Romantyczny, mało ckliwy i z przyjemnymi dla oka głównymi bohaterami: wspominałam już że dobrze dobrana para głównych bohaterów, to dla mnie siedemdziesiąt procent szans, że film przypadnie mi do gustu?
  • NIE KŁAM KOCHANIE- A to za to jeden z najbardziej ckliwych i przerysowanych filmów, jakie kiedykolwiek miałam okazję oglądać, dodatkowo główne role przypadły w udziale dwóm osobom, których aktualnie jako aktorów nie lubię, a mimo wszystko uwielbiam do niego wracać. Przemawia przeze mnie sentyment, bo oglądałam ten film gdy miałam jakieś 13 lat i wtedy wydawał mi się niesłychanie romantyczny i "o jeżu co za piękna miłość!", teraz śmiać mi się chce ze wszystkich zachowań i wszystkich dialogów bohaterów, nie wspominając o tym że ani trochę nie wierzę w uczucia tej dwójki, ale mimo to przywołuje same dobre wspomnienia, jak mogłabym w takim razie nie lubić do niego wracać?
  • ZAMIANA Z KSIĘŻNICZKĄ- polecała mi przyjaciółka, polecał praktycznie każdy na instagramie, a ja kręciłam nosem bo "eee Vanessa Hudgens", "eee znowu głupia komedia Netflixa", a tych drugich miałam ostatnio serdecznie dosyć, ale koniec końców uległam i czuję się oczarowana! Lubię jak filmy mnie zaskakują w tak pozytywny sposób. To bardzo bajkowa i świąteczna opowieść o miłości i o naszych pragnieniach, nawet nie poczułam się przytłoczona ani zażenowana poziomem ckliwości, więc mówię wprost- Netflixie, to Ci się udało.


Wyzwania:
Wyzwanie biblioteczne: W listopadzie nie przeczytałam niczego z biblioteki
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: w listopadzie wpadło 7,5 cm, co oznacza że zostało mi jeszcze 21,7 cm, więc musiałoby zadziać się coś nieprawdopodobnego żeby udało mi się pozytywnie ukończyć to wyzwanie :)




Kończąc to podsumowanie i kilkukrotnie je czytając, dochodzę do wniosku że ten listopad był długi.Poczułam się zmęczona, zwłaszcza ostatni tydzień dał mi nieźle w kość, kiedy to byłam (i w sumie nadal jestem) chora, spóźniałam się na zajęcia albo totalnie na nie zasypiałam i po raz pierwszy od października poczułam się na tyle przytłoczona, że w bezsilności gadałam że "rzucę te studia". Czytałam w zasadzie najwięcej wtedy, kiedy akurat dojeżdżałam tramwajem na uczelnię, do kina chodziłam często, po raz pierwszy byłam nawet na seansie 4D. Jeśli mnie pamięć nie myli to po raz pierwszy byłam również na kabarecie na żywo, przynajmniej tak mi się wydaje że to był już listopad :) Na jutuby wrócił Accantus, zrobiłam jeszcze większą selekcję z książkami na sprzedaż i kupiłam swój pierwszy w życiu kalendarz adwentowy. Posegregowałam bardzo dużą część zdjęć z prywatnych zbiorów i mimo wszystko dałam radę, chociaż grudzień zapowiada się jeszcze bardziej szaleńczo.
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca-październik 2018

Kocham październik. To mój ulubiony miesiąc w całym roku i za każdym razem powtarzam że jestem jesienną dziewczyną. Zeszłoroczny był cudowny, a ten chyba jeszcze bardziej. Dużo się pozmieniało, ale z każdą kolejną nowością czuję że to jest coś co uwielbiam, mimo iż często mnie przeraża. Najważniejszą dokonaną zmianą jest moja przeprowadzka do Krakowa na studia i po miesiącu edukacji w nowej dla mnie rzeczywistości- jestem zachwycona. Wielu ludzi z mojego otoczenia patrzy na mnie jak na inny gatunek, gdy mówię że kocham moje studia i nie żałuję wyboru, a moim zdaniem dobranie kierunku pod siebie a nie oczekiwania innych czy bliżej nieokreślony zysk jest bezcelowe.

Październik to miesiąc moich urodzin, w tym roku 21. Od kilku lat nikt nie zrobił dla mnie tortu, więc teraz upiekłam go sobie sama i doświadczyłam magii zdmuchnięcia świeczek, to chyba zawsze będzie miła chwila niezależnie od cyfry. Urządziłam małe przyjęcie, dostałam wspaniałe i trafione w mój gust prezenty, na dodatek kilka takich których się nie spodziewałam. Za to mój prezent od siebie dla siebie to był bilet na Kodaline, kupiony jeszcze w pierwszej połowie tego roku. Im bliżej było tej daty (14 października), tym bardziej nie mogłam uwierzyć że naprawdę na żywo posłucham ulubionych piosenek. Było magicznie. To nieprawdopodobne uczucie gdy spełnia się marzenia, napełniło mnie do euforią i chęcią do działania. A co więcej- jak tylko koncert się skończył, miałam ochotę wysłuchać go od początku i jeszcze raz i jeszcze. A jako że w ostatniej chwili moja towarzyszka się wykruszyła, udałam się tam sama...i poznałam zwariowaną fankę zespołu i książek. Uwielbiam takie momenty!

Październik to też miesiąc pięknej pogody, iście jesiennej. Spacerowałam i deptałam liście, spacerowałam... i jeszcze więcej spacerowałam. Tak bardzo to lubię, że ta aktywność fizyczna zdominowała całkowicie mój miesiąc. Cały miniony miesiąc był przepełniony nowościami i mam wrażenie że trwał o wiele dłużej niż te 31 dni, więc chyba naprawdę się w niego zaangażowałam. Były Krakowskie Targi Książki, a ja byłam bardzo podekscytowana moim wyjściem na nie, po raz ostatni byłam na nich cztery lata temu. Będąc akurat na miejscu nie chciałam ich opuszczać, udałam się tam w piątek i sobotę i nie mogę powiedzieć że to był błąd, ale mogłam je sobie odpuścić. Chyba takie imprezy są fajne gdy ogląda się je na zdjęciach, w rzeczywistości ileż można chodzić po stoiskach z książkami i w sumie nie mieć ochoty kupować książek? W takich sytuacjach mam przed oczami mój regał z nieprzeczytanymi tytułami, to skutecznie skraca moje zakupowe ciągotki. Więc w zasadzie kupiłam jedynie "Kontratyp" i bawełnianą torbę. Zobaczyłam Macieja Stuhra i przechodząc aż musiałam się uśmiechnąć, tylko ta kolejka do niego demotywowała. Chyba po prostu nie czuję się dobrze w takich zbiorowiskach ludzi, gdzie wszyscy idą jeden za drugim i przeciskają się między sobą- chociaż osobne wejście dla blogerów i plakietka z tego tytułu bardzo przypadły mi do gustu!

Mimo tylu pozytywnych słów na temat ostatniego czasu, muszę przyznać że nachodzą mnie pewne obawy dotyczące przyszłości tego miejsca, bo szczerze powiedziawszy tracę motywację i chęci do pisania czegokolwiek. Jednocześnie od pewnego czasu robię to z etykietką "na pamiątkę", bo fajnie jest wracać do napisanych wcześniej tekstów. Nie sądzę żebym opuściła Czytelnię na dobre, ale ograniczyłam tutaj swoją obecność, a dalej czuję że to za mało. Nie podejmuję pochopnej decyzji, chociaż podejrzewam że stanie na comiesięcznych podsumowaniach mojego życia i okazjonalnych wpisach raz-dwa razy w miesiącu.Może to tylko przejściowy kryzys,wszak w mojej blogowej karierze przezwyciężyłam ich już kilka i może po prostu to minie. A może teraz faktycznie jest już ten czas kiedy nadchodzi pora żeby coś zmienić albo odciąć się od pewnej wersji siebie, nic nie przesądzam, wszystko jak zawsze wyjdzie w trakcie.


Książki:

W zasadzie to ostatni tydzień października najbardziej obfitował w jakiekolwiek książki- zrobiłam sobie reread "Listów do utraconej" na którą poświęciłam trzy weekendowe godzinki, pokonałam lekturę na studia, przeczytałam oczywiście "Kontratyp" i zapoznałam się z "Jak zerwać z plastikiem", w sumie chyba pierwszym poradnikiem w moim życiu, co chyba świadczy o tym jak interesuje mnie ten temat. Oprócz tego zaczęłam "Fight Club" (nie skończyłam) i zagłębiałam się w uczelniane notatki.


Filmy:
Spędzając przy literach większą część miesiąca, wolałam w wolnym czasie polatać oczami po ekranie i też tę opcję najczęściej wybierałam. Początkowo moje typy były jednak totalnie nietrafione, większość filmów była w najlepszym wypadku przeciętna. Później było jednak coraz lepiej!

  1. CHWYĆ ŻYCIE ZA WŁOSY- mój kandydat na najgorszy film obejrzany w tym roku. Przewijał mi się długo na głównej stronie Netflixa, a moja współlokatorka powiedziała: "nawet niezły, możesz obejrzeć" i tak to się zaczęło. Nie ogląda się tego źle, wręcz przeciwnie- ma on  w sobie jakąś taką lekkość przez co nawet uważnie śledziłam losy Violet, ale były one po prostu do kitu. Poznajemy dorosłą kobietę, która ma kompleks dotyczący...jej włosów. Muszą być one zadbane, wyprostowane i perfekcyjnie ułożone, bo inaczej nie wyjdzie z domu. Nawet swojemu chłopakowi nie pozwala widzieć się w innym stanie, przez co ich związek zawsze jest jak pierwsza randka- bez zgrzytów, a z cudownym charakterem obojga. Violet była egoistyczną, zapatrzoną w swój wygląd kobietą, którą w dzieciństwie mocno skrzywdziła matka, wpajając jej zasadę "perfekcjonizm, albo nic". Ale chłopak z nią zrywa, a kobieta pogrąża się w rozpaczy i z tej rozpaczy pijana goli swoją głowę na łyso. To była jedyna budząca emocje scena w całym filmie i trwała około dwóch minut. Potem to przeżywa, chodzi w chustkach, nie może się z tym pogodzić- aż powoli, małymi kroczkami staje się bardziej świadoma swoich wyborów i separuje się od toksycznej matki, która chce dla córki swojej własnej wizji idealnego życia. Tworzy nowy związek (spoiler: a potem i tak zdradza swojego obecnego faceta ze swoim byłym, po czym wraca do tego zdradzonego) i ogólnie żyje sobie całkiem dobrze. Ten film ma mądre przesłanie: decyduj za siebie i nie pozwól kompleksom górować nad swoim życiem i wyglądem, ale jest przy tym tak bardzo nierealny i przerysowany że po prostu ciężko mi dobrze o nim myśleć. Uważam że byłby on bardziej wiarygodny gdyby dotyczył nastolatków- ta grupa rządzi się swoimi prawami, ale ukazanie trzydziestoparoletniej kobiety, dla której najważniejszą wartością w życiu są perfekcyjnie ułożone włosy, to dla mnie po prostu niewiarygodne w negatywnym tego słowa znaczeniu. Nawet jeśli wydźwięk miał być pozytywny.
  2. MIŁOSNY ALGORYTM- kolejna netflixowska produkcja, przy której znów żywiłam nadzieję że okaże się chociaż warta mojego czasu, ale nie. Kobieta tworzy randkową aplikację, która dobiera partnera na podstawie wcześniej udzielonych odpowiedzi, a nie np. zdjęcia profilowego, a jej szef wyczuwa w niej maszynkę do pieniędzy i razem próbują ją promować. Tak się składa że ten szef to maminsynek uzależniony od pieniędzy rodzicielki i raczej nieskory do pracy, ale postanawia odbudować swój wizerunek w jej oczach. No i dwójka głównych bohaterów na początku się nie znosi, a potem się w sobie zakochuje. Miłosny algorytm to film niskobudżetowy i to widać. Role aktorów to tak naprawdę role drewien, cała produkcja skupia się w zasadzie tylko na nich, a bohaterowie poboczni zostali dodani chyba tylko dlatego że tak się robi, nie przemyślano dla nich żadnej fabuły. Bardzo słaba komedia romantyczna i faktycznie tylko zmarnowałam na nią mój czas.
  3. SERCE NIE SŁUGA- tutaj miałam pozytywne nastawienie, ponieważ ostatnio gdy przyjaciółka wybierała film na który idziemy do kina i wybrała polską komedię romantyczną, to byłam naprawdę zadowolona i wracałam do seansu dwukrotnie (mowa o "Narzeczonym na niby"). Dlatego tym razem też zgodziłam się na jej typ... i niestety srogo się zawiodłam. Moje wrażenia idealnie ujmuje recenzja Sfilmowanych, ale w skrócie powiem tak: nierealny, ze źle rozwiniętymi wątkami pobocznymi i słodki aż do bólu. Najgorszy sort tego gatunku i mimo mojej całej sympatii do dwójki głównych aktorów, po prostu nie widzę w nim wiele dobrego- no może zakończenie które mimo wszystko trochę mnie zaskoczyło (mając na uwadze początek filmu, myślałam że skończy się inaczej).
  4. SŁODKI WYBÓR- akurat ten film ma chyba najbardziej oryginalny pomysł głównego wątku na fabułę, bowiem są nim debaty. Dwójka nastolatków z różnych stref społecznych rywalizuje między sobą o tytuł najlepszego mówcy i miejsce w wymarzonej szkole. Zawsze mają wybrany temat i osiem minut na omówienie go, przez co nawijają jak opętani; jednocześnie nie doświadczają uroków życia w liceum, ponieważ cały swój czas poświęcają na naukę i doskonalenie siebie. Fajny pod względem przesłania, że w życiu chodzi o coś więcej niż wyniki, ma uroczych bohaterów, ale mimo wszystko jest bardzo zwyczajny. Nie żałuję jednak poświęconego mu czasu, ponieważ z grona filmów od Netflixa, które widziałam w październiku-ten chyba prezentuje się najlepiej.
  5. NAOMI AND ELY'S NO KISS LIST- bardzo długo chciałam zobaczyć ten film i korzystając (jakżeby inaczej) z Netflixa za którego płacę, dałam sobie zielone światło. Pierwsza połowa filmu jest zła. Tak zła że rozważałam wyłączenie i brak powrotu. Jednak gdzieś w trakcie sytuacja zaczęła się zmieniać i produkcja nabierała kolorów. Naomi na początku jest księżniczką, która gdzieś ma uczucia większości znanych jej ludzi i wykorzystuje najlepszego przyjaciela by spędzał z nią czas, nawet jeśli on jest aktualnie zajęty. Myśli że świat kręci się wokół niej i naprawdę przykro na to patrzeć. Ely natomiast aparycją od razu skradł moje serce, sceny z jego udziałem kończyły się bezwiednym uśmiechem na mojej twarzy, mimo iż momentami zachowywał się jak dupek. Ach zapomniałam wspomnieć- Ely jest gejem i tytułowa lista skupia się na trzymaniu się z daleka od chłopaków, którzy w założeniu mogliby spodobać się któremukolwiek z nich- wiecie, przyjaźń ponad wszystko. I nagle ta zasada się łamie, a między przyjaciółmi następuje przełom. Ta część podobała mi się najbardziej- Naomi w końcu bierze się do pracy i ujawnia jakąś część swojego charakteru, natomiast Ely pokazuje bardziej poważną twarz, a nie śmieszkowatą jak na początku. Ogólnie niegłupi ten film, ale dalej nie jest to nic oszałamiającego.
  6. ILUZJA & ILUZJA 2- moi kandydaci na filmy miesiąca jak i roku! Bardzo długo polecano mi Iluzję, ale ja zawsze podchodziłam do niej sceptycznie, aż w końcu złapałam ją w telewizji i przepadłam! To opowieść o iluzjonistach, którzy wykorzystując swoje umiejętności wymierzają swego rodzaju sprawiedliwość, a jednocześnie przygotowują się do ważnej misji którą nadzoruje niewidzialny szef. Oczu nie mogłam od ekranu oderwać i to chyba jest najlepsza rekomendacja. Jest humor, są magiczne sztuczki i grupa naprawdę fajnych aktorów, szczególnie zwróciłam uwagę na Dave'a Franco, którego swego czasu mocno ignorowałam :) Oglądajcie, bo warto!
  7. KLER- raczej nie obejrzałabym tego filmu prędko, gdybym nie wyskoczyła na niego do kina,  a strasznie mi na tym zależało, bo to chyba jeden z najczęściej wybieranych typów ostatnich tygodni. Kler jest zabawny, to nie jest jakiś porywający reportaż o określonej grupie społecznej, dla mnie bardziej podchodzi to pod komedię, ale też trochę dramat. Dużo ostatnimi czasy słyszę o pedofilii wśród księży i w tym filmie bardzo mocno mnie to uderzyło, na tyle mocno że siedziałam wkurzona (co by nie użyć niecenzuralnego słowa) wpatrując się w ekran. Więc tak- wzbudził we mnie emocje, tym jednym tematem. Reszta jest może i cięższa, ale np. kwestie pieniędzy aż tak mnie nie poruszyły. No i tak jak wspominałam- były zabawne momenty, mój ulubiony to chyba użycie słów "wiara mi nie pozwoliła" w odniesieniu do użycia antykoncepcji. Ogólnie spoko, nie czuję się ani święcie oburzona, ani święcie zaskoczona, ani święcie zakochana.
  8. SZYBCY I WŚCIEKLI- jeden z największych filmowych hitów, który obejrzałam dopiero teraz, a o którym wszyscy mi truli żebym oglądała. No i tak- całkiem spoko film. Nie porwał mnie na tyle, żebym została fanką, ale przyjemnie się oglądało i z pewnością odpalę sobie kolejne części.
  9. NIE KUPISZ MIŁOŚCI- zobaczyłam go w jakimś filmie na youtubie, w którym polecano filmy podobne do "Do wszystkich chłopców..." i wybrałam akurat ten- jest to starsza produkcja, ale ja szalenie lubię filmy romantyczne osadzone w latach 80. Podobał mi się, nie jest taki do końca oczywisty jak się tego spodziewałam, nacieszyłam oczy pięknymi strojami i dobrze się bawiłam.
  10. HOTEL TRANSYLWANIA 3-piszę to z bólem serca, ale trzecia część jednej z ulubionych animacji mnie po prostu rozczarowała. Kilka razy miałam ochotę ją wyłączyć, ale przekonywałam się że potem w ogóle do niej nie wrócę. Wątek zakochanego Draculi, wakacji na statku i znikoma ilość fajnego humoru całkowicie odebrały mi przyjemność z oglądania.



Seriale:
Po drodze wpadło kilka odcinków Przyjaciół, ale to by było tyle.

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu- 9,7 cm wpadło w październiku, do końca pozostało 29,2 cm
Wyzwanie biblioteczne- Jedynie moja lektura na studia była wypożyczona z biblioteki.

Inne:
Podsumowanie września
WWK Przeczytaj i podaj dalej
Kwartalny stos książkowy

Plany:
W listopadzie chciałabym WRESZCIE dokończyć "The revolution of Ivy" (problem polega na mojej małej motywacji do czytania w oryginale) oraz "Fight club" i "180 sekund". I jasne- chciałabym poczytać więcej, ale listopad zapowiada się szaleńczo, mam wtedy dwa projekty, a na grudzień kolejny zaliczeniowy który do prostych nie należy, także wiecie-priorytety :)


Czytaj dalej