Veronica Roth- "Spętani przeznaczeniem"



Oryginalny tytuł: The Fates Divide
Rok polskiego wydania: 23.05.2018
Wydawnictwo: Jaguar
Seria: Carve The Mark #2
Ocena: 7/10


  Rok temu całkowicie przez przypadek sięgnęłam po "Naznaczonych śmiercią" i uznałam, że było to całkiem udane czytelnicze spotkanie. A dzisiaj, dzień po premierze drugiej części tej kosmicznej dylogii, zapraszam wszystkich zainteresowanych do poczytania mojej opinii na jej temat. Czy była ciekawsza od swojej poprzedniczki?

 Po zamieszaniu na Voa, Cyra wraz z Akosem lecą na Ogrę- planetę ciemności, aby znaleźć schronienie wśród banitów. Okazuje się jednak że każdego z bohaterów dręczą wyrzuty sumienia oraz niedokończone sprawy, a na dodatek na jaw wychodzi kilka interesujących faktów z życia publicznego i prywatnego, które porządnie wstrząsną planetami i być może doprowadzą do wojny.

  Cyra i Akos to para bohaterów, którą polubiłam w części pierwszej, ale jeszcze bardziej zżyłam się z nimi teraz, poznając "Spętanych przeznaczeniem" i ogromnie żałuję że autorka nie zdecydowała się na większą ilość scen z tym duetem. Obdarzyłam sympatią łagodnego Akosa i porywczą Cyrę, których charaktery w tym tomie trochę się odmieniły. Chłopak nabrał mocy, zaczął wierzyć w powodzenie zemsty i w większym stopniu interesowała do walka, Cyra natomiast stała się bardziej otwarta na innych ludzi, zaczęła ufać że otaczają ją przyjaciele i że jeszcze czeka ją w życiu wiele dobrych rzeczy. Jednocześnie każde z nich zachowało w sobie sporą część cech, które tak spodobały mi się na progu naszej znajomości. Jest w ich rozmowach coś, co sprawia że kilkukrotnie czytałam je ponownie, wracałam i robiłam to znów. Uwielbiam takie sceny i dlatego tak zabolało mnie gdy autorka zdecydowała się je ciut ograniczyć.

  Są dwie rzeczy które wytknęłam "Naznaczonym śmiercią" i które muszę wytknąć również "Spętanym przeznaczeniem". Bardzo rozwleczony i nudny początek oraz słabe wytłumaczenie świata przedstawionego. Z niecierpliwością wyczekiwałam listonosza z przesyłką, bo byłam bardzo ciekawa drugiej części tej mini-serii, ale mój entuzjazm szybko został zgaszony. Kilkanaście pierwszych stron to podróż bohaterów na inną planetę i siedzenie na tej planecie. Autorka opisuje rozgrywające się wydarzenia, ale nie są one zajmujące ani nawet potrzebne dla fabuły. Cała większa akcja dzieje się poza granicami Ogry, a my wiemy to między innymi z wiadomości które tam docierają. Walka nas nie dotyczy, jesteśmy raczej biernymi jej obserwatorami i myślimy nad tym jak temu zapobiec, ale nic konkretnego jednak nie robimy. Coś ciekawszego zaczyna się dziać dopiero w okolicach połowy książki, kiedy Veronica Roth zrzuca na mnie nowość, której się nie spodziewałam. Ten fakt bardzo mi się spodobał i od mniej więcej tego momentu wczułam się w opowiadaną historię i z niecierpliwością przewijałam kolejne kartki.

  Punkt numer dwa: kreacja świata przedstawionego. Akcja książki rozgrywa się w kosmosie, jednak już pierwszy tom niezbyt dobrze mi wytłumaczył rządzące nim reguły i miałam nadzieję że druga część będzie bardziej spójna i klarowna. Niestety nie. Autorka brnie w akcję i sama doskonale wie co powinna napisać, bo ten świat jest w jej głowie. Jednak ja jako czytelnik miałam dziury zarówno w pamięci (wszak minął rok od kiedy poznałam początek) jak i w mojej wiedzy, która nie została odpowiednio wbita do głowy. Im dalej tym lepiej- gdy poznawałam historię jednym ciągiem to całkiem nieźle się orientowałam w planetach i ich specyfice, jednak najczęściej dzieliłam powieść na raty, co wynikało z ograniczonej ilości czasu jaką posiadałam. Nie jest źle, ale mogło być o wiele lepiej.

  Muszę jednak przyznać, że książki od Wydawnictwa Jaguar czytam od dawna i każda nowa powieść podpisywana ich logiem wzbudza we mnie nutkę nostalgii. Jest w nich coś charakterystycznego, co sprawia że czytając przenoszę się znów do czasów gdy byłam nastolatką i to jest fajne! Mimo iż "Spętani przeznaczeniem" mają dwie główne wady, to czytało mi się tę książkę naprawdę dobrze. To był trochę taki powrót do lat których nikt mi już nie wróci, a jednocześnie książka którą jako dorosła osoba czytałam z radością. Kilka zwrotów akcji po części wynagrodziło mi kiepski początek i brak orientacji w terenie, ale i tak uważam że ta dylogia jest ciekawsza od poprzedniej trylogii popełnionej przez Veronicę Roth. Mój początkowy entuzjazm dotyczący "Niezgodnej", zastąpiło teraz zwątpienie i fabuła która zatarła mi się w pamięci. "Naznaczeni śmiercią" i "Spętani przeznaczeniem" bronią się jednak akcją osadzoną w kosmosie i ciekawym połączeniem powieści młodzieżowej z elementami  sci-fi. Nie jest to seria idealna, ale cieszę się że dałam jej szansę, bo mimo kilku mankamentów jest warta uwagi.

Inne książki autorki na blogu:
"Zbuntowana"


Książkę miałam okazję przedpremierowo przeczytać dzięki Wydawnictwu Jaguar, za co bardzo mocno dziękuję!
Czytaj dalej

Rainbow Rowell- "Załącznik"

 
Oryginalny tytuł: Attachments
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Harper Collins
Ocena: 7/10

  Moja relacja z Rainbow Rowell jest bardzo dziwna. Poznałam trzy jej książki i choć każdą czytałam z przyjemnością, to jestem pewna że mogłabym je sobie odpuścić i nic bym nie straciła. "Eleonora i Park" to mocno słodka młodzieżówka, natomiast "Fangirl"  to wyznania nastoletniej dziewczyny- stalkerki ulubionych bohaterów. "Załącznik" docelowo miał być chyba przeznaczony do starszej grupy odbiorców, jako iż główni bohaterowie są już dorośli-jednak po ich zachowaniu za nic byście tego nie zgadli!

  Praca Lincolna polega na czytaniu cudzej korespondencji. Ogólnie ma pilnować by w firmowych mailach nie przewijały się zakazane słowa i niedopuszczalne tematy, jednak gdy do jego skrzynki zaczynają napływać rozmowy Beth oraz Jennifer, ten za nic nie potrafi się zmusić by wysłać im upomnienie. Gorzej- z wytęsknieniem wyczekuje nowych wiadomości, bo dziewczyny okazują się zabawne a ich problemy szczerze go interesują. Zwłaszcza Beth staje się mu szczególnie bliska, tylko czy można tak powiedzieć o osobie którą zna się tylko z przechwytywanych wiadomości?

  Akcja powieści dzieje się na przełomie wieków, mamy tutaj schyłek lat 90. i start nowego milenium, co już od początku tworzy niesamowity klimat minionych czasów, starych komputerów, zalążków internetu i telefonów stacjonarnych. Jestem z rocznika 97, więc niedopowiedzeniem roku byłoby stwierdzenie że doskonale pamiętam tamte lata, jednak coś na ten temat wiem i miło było wrócić by poczuć tą specyficzną aurę dawnych lat.

  Niewątpliwym plusem książki jest również prędkość z jaką się ją pochłania. Rainbow Rowell pisze bardzo przyjemnie, a od "Załącznika" wręcz nie mogłam się oderwać! Poskutkowało to widokiem mnie trzymającej książkę w ręku i jednocześnie gotującej makaron i jak patrzę na siebie z boku, to podejrzewam że komicznie musiało to wyglądać.

  Sam Lincoln jest jednak ciężki do polubienia. Objawia się to w ślepym wręcz posłuszeństwie i uległości względem własnej rodzicielki, a biorąc pod uwagę że trzydziestoletni prawie facet mieszka pod jednym dachem z nadopiekuńczą matką i pozwala jej sobie gotować, prać i planować życie towarzyskie- jest po prostu żałosne. Mężczyzna nie przebolał zawodu miłosnego sprzed kilku lat, mam wrażenie że obsesyjnie wręcz o tym rozmyśla i nie pozwala sobie na krok naprzód, co nie jest jeszcze takie złe, bo to musiało być dla niego naprawdę trudne. Ale żeby z dnia na dzień byle jak egzystować, do późna wylegiwać się na kanapie i nic nie robić (poza śledzeniem prywatnej korespondencji) jest z lekka smutne. Samo czytanie maili Beth i Jennifer jest też trochę przerażające, choć rozumiem że na tym polega jego praca, a fakt że ciągnie to w nieskończoność to chwile słabości które zdarzają się przecież każdemu. Lincoln jednak wydawał mi się bardzo niesamodzielną postacią, bardziej egzystującą niż żyjącą, nawet na kartkach książki.

  Beth poznajemy głównie z maili, jest tylko kilka scen w których ona i Lincoln się spotykają i być może przez to właśnie nie potrafiłam się do niej przywiązać, ani zrozumieć kierujących nią motywów. I ogólnie nie jest to nawet nijaka bohaterka-nie miałam okazji poczytać jej dialogów, poza tymi które wymieniała z Jennifer. I kolejna rzecz: romantyczne ciągątkiLincolna do Beth są do zrozumienia. Ale żeby Beth miała słabość do faceta, który jakby nie patrzeć przez kilka miesięcy znał szczegóły z jej życia, którymi ona wcale świadomie się z nim nie dzieliła- zakrawa lekko na śmieszność.

  Ale żeby nie było tak że tylko krytykuję- "Załącznik" naprawdę mi się podobał. Te wszystkie głupie zachowania bohaterów stały się bardzo głupie dopiero gdy przekręciłam ostatnią kartkę. Podczas czytania nie mogłam się oderwać od tej opowieści i poznałam ją w zaledwie dwa popołudnia. Prawdopodobnie  zawaliłam przez to kilka obowiązków, które musiałam nadrobić w następnych dniach, ale nie żałuję czasu spędzonego przy książce. Owszem- jest to taki zapychacz czasu, który nie wniósł do mojego życia nic nowego, ale miło się to czytało.


Inne książki autorki na blogu:

Czytaj dalej

Jakub Małecki- "Dżozef"


Oryginalny tytuł: Dżozef
Rok polskiego wydania: 2011
Wydawnictwo: W.A.B
Ocena: 7/10

  Przeczytałam "Dżozefa" kilka dni temu, było to jeszcze to poprzednie wydanie z niebieską okładką i teraz bardzo ładnie proszę zrobić szum wokół tej powieści i z radością przytulić nową wersję, bo totalnie na to zasługuje! Powieść Jakuba Małeckiego trafiła do mnie przez przypadek i na chwilę i gdyby nie nazwisko autora na okładce to pewnie nawet bym do niej nie zajrzała. Bo "Dżozef" opisem mnie nie zaintrygował, a nawet lekko odpychał od siebie nawiązaniami do Josepha Conrada, za którego twórczością średnio przepadam. Ale miałam ochotę spróbować, bo Pan Jakub podobno świetnie pisze i chciałam wyrobić sobie własną opinię, a skoro los podstawił mi pod los "Dżozefa", a nie "Rdzę" tak jak planowałam, to wykorzystałam szansę i nie żałuję.

  Skutkiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Grzesio Bednar traci pracę, telefon oraz ląduje w szpitalu ze złamanym nosem. Na jednej sali razem z nim leży wiecznie niezadowolony z życia Maruda, biznesmen Kurz oraz miłośnik prozy Conrada- Czwarty. Nagle ostatni z nich zaczyna gorączkować i opowiadać historię swojego życia, w której bardzo ważną rolę odkrywa pewien Kozioł. Jednak nie jest to taka zwykła opowieść- Grzegorz oraz Kurz odkrywają, że im dalej sięga ich ciekawość związana z życiem Stasia, tym bardziej kurczy się miejsce w którym przebywają...a oni nie wiedzą jak to powstrzymać.

  Ta książka to chyba jedna z najbardziej nieprawdopodobnych powieści, jakie było mi dane poznać w całym moim życiu. Momentami jest tak bardzo oderwana od rzeczywistości, tak bardzo pasuje mi do określenia jej magiczną, a jednocześnie zawiera w sobie mądre przesłanie i pokazuje jak skomplikowane potrafią być relacje między ludźmi. Akcja toczy się dwutorowo- na szpitalnych łóżkach i w zamierzchłej przeszłości jednego z pacjentów- Pana Stacha aka Dżozefa. Wyobraźcie sobie jakie to pokręcone, kiedy nie pamiętasz że opowiadasz obcym ludziom zagadkową i nieprawdopodobną historię swojego życia, a na dodatek robisz to pod nazwiskiem ulubionego pisarza i nic z tego potem nie pamiętasz. Dla mnie petarda.

  Sądzę jednak, że "Dżozef" jest przede wszystkim historią o człowieku i o tym jak łatwo może on zabłądzić. Pokazuje trudne relacje międzyludzkie, świat z perspektywy dziecka któremu nikt nie wierzy i świat z perspektywy starca, który nie umiał należycie przeżyć danego mu czasu. Dla mnie jest takim apelem o odwagę, mimo iż czasem jest to najtrudniejsza rzecz pod słońcem. Jest to pokazane na przykładzie Kozła- magicznego wytworu wyobraźni, który tworzy się w głowie dziecka i którego mimo usilnych prób, nie potrafi się ono pozbyć.

  Jestem bardzo szczęśliwa iż mimo moich uprzedzeń w stosunku do przytaczanego Josepha Conrada  (który wcale mnie nawet nie drażnił), odnalazłam w sobie odwagę by poznać tę historię, bo tym sposobem zaczęłam moją przygodę z Panem Małeckim i mam nadzieję że będzie ona długa i równie owocna jak jej początek. Autor pisze o ludziach i dla ludzi, a na dodatek robi to w świetnym stylu. Przy książce się nie nudziłam, a momentami wręcz nie mogłam się doczekać co będzie dalej. Nie jest to jednak książka dla każdego, gdyż jest po prostu specyficzna. Balansuje na granicy realności oraz wyobraźni i jak sam autor przyznaje- nie należy do jednego konkretnego gatunku. Jest dziwna i to właśnie podoba mi się w niej najbardziej- że jest niepodobna do niczego co dotąd poznałam! A wywiad z autorem  przeczytałam już chyba ze trzy razy i ciągle podoba mi się tak samo, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Pan Jakub jest świetnym pisarzem i świetnym człowiekiem. Nie wahajcie się sięgać po "Dżozefa", ani po jakąkolwiek inną jego książkę- ja jestem przekonana że prędzej czy później przeczytam je wszystkie!
Czytaj dalej

Harry Potter widziany oczami osoby dorosłej

Moje dzieciństwo nie było zbyt książkowe. Czytałam praktycznie same lektury, z małymi przerwami na tytuły wypożyczane z biblioteki, a że szkoła była mała, to i biblioteki dużej nie miała. Sami wiecie jak to jest w małych miejscowościach- ważne są lektury, które omawiane będą na lekcji i to na ich liczbie zawsze skupia się cała uwaga i to zawsze ich może brakować. Harry Potter nigdy moją lekturą nie był i nigdy z tego powodu nie rozpaczałam. Pamiętam za to, że wtedy ludzie dzielili się na dwa obozy: tych który czytali Rowling i tych którzy zachwycali się Narnią. Nigdy nie spotkałam osoby która przeczytałaby obie serie, zawsze zdania były podzielone i zazwyczaj większe poparcie miał Potter. A ja byłam dzieckiem Pana Lewisa, to znaczy dzieckiem pierwszego tomu, bo tyle przeczytałam wtedy i ten stan jest niezmiennie taki sam. Wkurzało mnie to okropnie- wszędzie ten Harry, jakieś domy i tajemnicze zaklęcia- z jednej strony chciałam poznać to wszystko i przechodząc koło bibliotecznych półek z Potterem ( tak, tak- akurat ta seria była cała w komplecie) czasem przejechałam palcem po grzbietach, ale jak już mówiłam: moje dzieciństwo książkowe nie było. W pewnym momencie po prostu odpuściłam, albo może nawet zapomniałam i nigdy nie żałowałam.

Kiedy byłam w gimnazjum, w kinach pojawiły się Insygnia Śmierci i ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby tam pojechać i obejrzeć. Nie chciałam odstawać czy mówić, że nie znam poprzednich filmów z serii, więc na seansie totalnie nie ogarniałam co się dzieje. Wiedziałam że Voldemort jest zły, a Zgredek kochany, ale w sumie przygody trójki czarodziejów w ogóle mnie nie ujęły. Przeszłam obok nich obojętnie i przyzwyczaiłam się mówić, że nie znam ani książek, ani filmów z Hogwartem w roli głównej. Zazwyczaj takie wyznania budziły zdziwienie i szok, no bo jak to? Wychowywać się bez Harrego Pottera? Czasem żałowałam, ale nigdy nie miałam w sobie pragnienia, by przeczytać czy choćby obejrzeć serię.

Tego typu pragnienia zaczęły pojawiać się dopiero kilkanaście miesięcy temu. Najbardziej pamiętam ten moment, kiedy nagle zachciało mi się poznać książkową wersję- w antykwariacie upolowałam podniszczone wydanie Pottera... i odłożyłam je na półkę. Tak szybko jak chęć się pojawiła, tak szybko również zniknęła. Potem uznałam, że w sumie mogłabym obejrzeć filmy, jednak zawsze gdy leciały w telewizji ja orientowałam się zbyt późno, choćby w okolicach trzeciej części. Ale wraz z nadejściem 2018 roku pojawiła się informacja o Magicznych Piątkach z Harrym Potterem, co uznałam za znak od losu i jakoś tak te piątkowe wieczory stały się moją małą kilkutygodniową tradycją. Wracałam zmęczona po pracy, brałam kąpiel i z kolacją siadłam przed telewizorem by śledzić przygody młodego czarodzieja. Trochę się bałam że jednak są to filmy dla młodszych widzów, ale uznałam że najwyżej nie stanę się fanką i nic strasznego się nie stanie.

Pierwszym bohaterem, który od pierwszego wejrzenia skradł moje serce był Ron, a zaraz za nim cała familia Weasleyów. Harry'ego i Hermionę również polubiłam, jednak gdybym miała wskazać ulubioną postać, to byłby to Ron. Jego niezdarność, próby dopasowania się  i chęć osiągania wielkich rzeczy były jednocześnie smutne i ujmujące. Fred, George i Luna- to następna w kolejności grupa ulubieńców, a dopiero za nimi stoją Harry i Hermiona. Między nich pcha się jeszcze Malfoy, jednak tym razem raczej z miłości do aktora niż samej postaci Draco.

Jestem pewna, że jednym z najczęściej powtarzanych pytań odnośnie uniwersum stworzonego przez J.K.Rowling, jest to dotyczące przynależności do jednego z domów. Tak więc jeśli internetowe testy nie kłamią, jestem Puchonką i należę do Hufflepuffu. Niesamowicie śmieszy mnie ta nazwa i ilekroć ją słyszę, wyobrażam sobie człowieka z wypchanymi jedzeniem policzkami. Jednakże utożsamiam się z większością cech charakterystycznych dla Puchonów, więc myślę że to właśnie tam skierowałaby mnie Tiara Przydziału.

Największym szokiem, jeśli chodzi o bohaterów był dla mnie Cedrik Diggory. Harry Potter ma tyle lat co ja i zawsze mniej więcej kojarzyłam aktorów, którzy grali w filmie. Dlatego teraz wyobraźcie sobie jakie było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Cedrika i uznałam, że wygląda trochę jak Pattinson i że jest bardzo przystojny. No ale gdzie tam! Przecież Pattinson nie grał w Harrym Potterze, to niedorzeczne, nigdy o tym nie słyszałam. Ale był tak bardzo podobny, że dla świętego spokoju przejrzałam listę aktorów... i w tym momencie przeżyłam szok, kiedy moje podejrzenia się potwierdziły. Nie jestem pewna dlaczego mnie to tak zaskoczyło, może przez fakt że Pattinson  kojarzył mi się z rolą Edwarda ze "Zmierzchu" i chyba już zawsze tak będzie.

Nauczyciele. Największą sympatią obdarzyłam Minerwę McGonagall oraz Severusa Snape'a. Dumbledore od początku nie wzbudzał we mnie cieplejszych uczuć, Hagrida również bardzo lubię, chociaż chyba nie w takim stopniu co reszta ludzkości. Cała reszta nauczycieli to dla mnie pojedyncze twarze, które pojawiały się i znikały, więc ciężko mi się wypowiedzieć na ich temat.

Ogólnie bardzo ciężko było mi się nauczyć nowych dla mnie nazw...na praktycznie wszystko, a i tak musiałabym pewnie przeczytać wszystkie książki i jeszcze raz obejrzeć filmy by móc szczerze powiedzieć że rozumiem całość. Do tej pory widząc czyjeś imię i nazwisko nie potrafię go nigdzie dopasować i muszę się posiłkować internetem. Sądzę, że zostałam zasypana zbyt wieloma informacjami na raz i że musi minąć trochę czasu, zanim wszystkie je sobie poukładam w głowie.

Pisząc ten post, nagle zachciałam poznać coś co łączy się z Harrym Potterem ale nim nie jest i dlatego obejrzałam FANTASTYCZNE ZWIERZĘTA I JAK JE ZNALEŹĆ. Osobiście jestem oczarowana tym filmem, oczarowana rolą Eddiego Redmayne'a, oczarowana występującym tam poczuciem humoru i uważam że ten jeden seans podobał mi się o wiele bardziej niż jakikolwiek inny o Harrym Potterze. Może to zasługa tego, że już na starcie otrzymałam dorosłych bohaterów, a nie dzieci i mnie jako osobie dorosłej po prostu łatwiej jest ich zrozumieć.

Reasumując- cieszę się, że poznałam pierwszy tom przygód Harrego Pottera w wersji książkowej.Nie zostałam jakąś wielką jego fanką, ale doceniam tę opowieść i wiem że z pewnością wzbudziłaby u mnie większe zainteresowanie gdybym przeczytała ją będąc dzieckiem. A tak to była fajna, ale bez fajerwerków. Filmy obejrzałam wszystkie i te bardzo mi się spodobały, w niektórych scenach ujęły za serce i spowodowały wzruszenie- z pewnością jeszcze kiedyś do nich wrócę. Także ogólne wrażenia po poznaniu historii Harrego Pottera są pozytywne, choć ta historia nie odmieniła mojego życia ani nie wpłynęła na nie w jakikolwiek sposób. Pierwsze tomy są najlepsze dla dzieci, a kolejne dla nastolatków, które tymi dziećmi były. Ja jako osoba dorosła nie doświadczyłam wielu emocji podczas lektury i nie ekscytuję się na myśl o zaklęciach, przynależności do domów czy lataniu na miotle, jednak ta historia jest naprawdę dobra. Dla mnie jeszcze lepsza jest jednak biografia Newta Scamandera i już zacieram ręce na myśl o poznaniu książki i kolejnego z kolei filmu!
Czytaj dalej

[BOOK TOUR] Marissa Meyer- "Bez serca"



Oryginalny tytuł: Heartless
Rok polskiego wydania: 2017
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ocena: 8/10

  Szósty kwietnia 2018 roku, piątek. Widzę młodą dziewczynę w pozycji półleżącej, przewijającą kartki książki która leży przed nią. To niebieskooka szatynka ubrana w ciemne dżinsy i szarą koszulkę, a lektura którą na dziś wybrała to "Bez serca". Chociaż może słowa "na dziś" nie do końca oddają prawdziwość sytuacji, ponieważ dziewczyna czyta ją już kilkanaście dni, a właśnie w ten piątek ma nadzieję ją skończyć. Wie jaki finał będzie mieć książka- po części wywnioskowała to z fabuły, która dotyczy młodości Królowej Kier, a po części jest to wina niezręczności, która doprowadziła do przeczytania kilku ostatnich zdań, kiedy czytelniczka była dopiero w połowie lektury. Nic nie przygotowało jej na taki przypływ żalu, smutku i bliżej nieokreślonej emocji odpowiadającej za wewnętrzną pustkę. Ta dziewczyna przewija ostatnią stronę i próbuje ułożyć sobie w głowie co ma do powiedzenia na temat tej powieści Marissy Meyer. Dwadzieścia cztery godziny później dalej tkwi w punkcie wyjścia. Siedzi przed białym ekranem i nie wie od czego zacząć, co powiedzieć by jak najdokładniej opisać tę historię.

  Poznajcie Catherine. Catherine piecze najlepsze ciasta w całym Kier i na dodatek wydaje się być ulubienicą Króla. Jej marzeniem jest jednak otworzyć własną cukiernię i zarażać pozytywnym uśmiechem wszystkich mieszkańców, nie ma ambicji by rządzić królestwem. Na pewnym balu poznaje Figla, w którym bardzo szybko się zakochuje, zresztą z wzajemnością. Na drodze do ich miłości stają jednak rodzice Cath, Król Kier, a także cała masa uprzedzeń i towarzyskich racji. Zarówno Catherine jak i Figiel są zdeterminowani by być ze sobą i wieść szczęśliwe życie, jednak czasami miłość... to po prostu za mało.

"Bez serca" to prequel "Alicji w Krainie Czarów", a właściwie gdybanie na temat przeszłości sławnej Królowej Kier, napisane przez Marissę Meyer. Jest to historia dość tragiczna- od początku wiemy, że książka nie zakończy się happy endem, a przynajmniej nie takim jaki pisany jest większości powieści młodzieżowych. Nie uświadczycie tutaj miłości do grobowej deski, szczęśliwej rodziny i zadowolonej z życia głównej bohaterki. Im bliżej końca się znajdujemy, tym mocniej odczuwamy tragedię, która dotknie główną bohaterkę i zapoczątkuje jej rządy jako bezlitosna Królowa Kier. Co zabawne- nigdy nie czytałam "Alicji w Krainie Czarów", nie oglądałam też żadnych filmów, moja cała wiedza ograniczała się do absolutnego minimum dostępnego w internecie, kilku odcinków Once Upon A Time i szczegółów które znałam, ale nie potrafię powiedzieć skąd. Może dlatego "Bez serca" nie zawojowało mną tak jak mogłoby to zrobić, gdybym miała większą wiedzę dotyczącą Kier i jego królowej.

  Bo książka napisana jest cudownie! Występuje w niej taka magia i lekkość, które sprawiają że "Bez serca" wydaje się być inne od wszystkiego, a jednocześnie dalej tkwi w kategorii powieści młodzieżowej. Nie potrafiłam przewidzieć większości wydarzeń, które doprowadziły do ostatecznego finału i wielokrotnie czytałam coś ponownie, aby sens wypowiedzi mógł do mnie dotrzeć. Im bliżej końca, tym bardziej opóźniałam przekręcanie kolejnych kartek, ponieważ serce mi się krajało, gdy widziałam zdruzgotanie Catherine i jej chęć zadowolenia wszystkich na czele z samą sobą. Ta dziewczyna do końca szukała rozwiązania, które nie naraziłoby jej miłości do Figla, lojalności wobec rodziców, szacunku względem Króla oraz marzenia o własnej cukierni. Okazuje się że nie mogła tego połączyć-wybierając jedną rzecz, traciła kolejną. Ale mimo mojej ogromnej sympatii do jej osoby, nie potrafiłam się do niej przywiązać. Tak samo zresztą miałam jeśli chodzi o Figla czy o innych bardziej ważnych bohaterów książki. Naprawdę ogromnie ich wszystkich lubię i szkoda mi, że te losy potoczyły się tak a nie inaczej, jednak mimo wszystko nie mam wrażenia że utraciłam część samej siebie. Tak się dzieje zawsze gdy zwiążę się z bohaterami, a potem przez kilka dni nie mogę się pozbierać po czymś, co w rzeczywistości jest tylko fikcją. W tym przypadku było mi przykro i odczuwałam wielki smutek, ale jednak bardzo szybko to wszystko minęło. "Bez serca" nie wywołało we mnie książkowego kaca i nie sprawiło że zaliczam tę powieść do grona ulubionych, jednak w dalszym ciągu jest bardzo dobrze napisaną i ciekawą fabularnie powieścią dla młodzieży.

  Marissa Meyer po raz kolejny pokazała na co ją stać, jednak na dwie przeczytane jak dotąd jej powieści, to "Cinder" podobała mi się trochę bardziej. Jest to kwestia tego, że tamci bohaterzy byli mi bliżsi i bardziej przeżywałam ich wzloty i upadki, ale tak naprawdę nie sądzę by Pani Meyer napisała cokolwiek co mnie nie usatysfakcjonuje. Nie zaliczam jej do grona ulubionych autorek, jednak z wielką chęcią będę czytać inne jej książki, bo są po prostu dobrze napisane i ciekawe pod kątem wydarzeń.

-------------------------------------------------
"Bez serca" przeczytałam dzięki Meredith, która zorganizowała z tą książką Book Tour! Jeśli są jacyś chętni- myślę, że śmiało możecie do niej pisać ;)



Inne książki autorki na blogu:
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca- kwiecień 2018

Niedzielny wieczór. Siedzę w swoim pokoju, który rozświetla jedynie światło lampki na biurku i ekran laptopa. Próbuję sklecić sensownie brzmiące zdanie, a potem kolejne i kolejne, bo pisanie kwietniowego podsumowania wyjątkowo mi nie idzie. Zakładam słuchawki, puszczam nowo odkrytą nastrojową playlistę na Spotify gdzie akurat leci James Bay. To również odbiega od normy, bo zazwyczaj potrzebuję ciszy do pisania czegokolwiek, ale jak widać dzisiaj łamię wszystkie własne przyzwyczajenia.

Kwiecień wyjątkowo kojarzy mi się z jazdą na rowerze i śledzeniu swoich wyników na Endomondo. Nigdy nie sądziłam, że z własnej woli będę prawie codziennie pokonywać choćby kilka kilometrów, ale raz potrzebowałam zgubić gdzieś moją złość i padła propozycja roweru właśnie. Od tego czasu w miarę systematycznie jeżdżę i odkrywam przepiękne zakątki mojego miejsca zamieszkania, o których nawet nie miałam pojęcia. Dlatego kwiecień to taki zachwyt nad przyrodą, kwitnącym bzem i jego zapachem oraz lody jedzone na postojach.

W minionym miesiącu odkryłam trochę nowej muzyki, nawet takiej której zazwyczaj nie słucham, ale koniec końców zawsze wracam do moich ulubionych gatunków. Jadłam pyszne ciasta, grillowałam, spacerowałam i starałam się najlepiej jak umiałam przeżyć ten kwiecień, a nie tylko go odhaczyć. Nie chciałam znów pisać "kiedy to minęło?", starałam się szukać sobie zajęcia i myślę że poszło mi nad wyraz dobrze.

W międzyczasie oczywiście czytałam (i to całkiem sporo, ale o tym poniżej), oglądałam filmy i seriale, a właściwie jeden. Jestem z siebie niesamowicie zadowolona, bo złapałam jakiegoś czytelniczego powera, który sprawiał że najchętniej pochłaniałabym coś cały czas. Aktualnie czuję trochę przesyt i wrzuciłam na luz, chociaż nie wiem na jak długo ;)

Książki:


♥ "Bez serca"- Marissa Meyer
♥ "Weronika postanawia umrzeć"- Paulo Coelho
♥ "Dla Ciebie księżyc"- M.P.Rawinis
♥ "Zabić Sarai"- J.A.Redmerski
♥ "Miłość i inne zadania na dziś"- Kasie West
♥ "Story of bad boys"- Mathilde Aloha
♥ "To skomplikowane. Julie"- Jessica Park

Jak widać przeczytałam aż 7 książek, choć jedna z nich jest właściwie tak cieniutka, że nazwałabym ją opowiadaniem. Paulo Coelho trochę mnie zaskoczył i oczarował, a trochę zasmucił takim pisaniem o rzeczach oczywistych i nie potrafię jednoznacznie jej ocenić. "Dla Ciebie księżyc" kupiłam z sentymentu do innej książki z tej serii, która swego czasu bardzo mi się podobała, ale choć czyta się to bardzo dobrze, to jest to tak infantylne że momentami bolało. Trzy następne książki to egzemplarze recenzenckie, wyjątkowo w takiej dość sporej jak na mnie ilości, każdą z nich opisałam już na blogu. Natomiast Jessica Park i jej historia to moje odkrycie tego miesiąca! Tak bardzo jestem zaskoczona, że zamówiłam sobie dwa następne tomy w oryginale.

Filmy:

  1. Alvin i Wiewiórki: Wielka wyprawa- do poprzednich części mam ogromny sentyment i trochę się bałam jak odbiorę tą najnowszą oglądając ją jako dorosła osoba. Nie odczuwałam już takiej ekscytacji jak kiedyś ale dalej bardzo mi się podobało, choć zabrakło większej ilości damskich wiewiórek ;)
  2. Bestia- chciałam obejrzeć ten film odkąd przeczytałam jego pierwowzór i podobało mi się, chociaż momentami było nudnawo. Nie jest to nic szałowego, ale ma mądre przesłanie i ogląda się całkiem okej.
  3. Ukryte piękno- zdecydowanie najpiękniejszy film kwietnia. Podoba mi się przesłanie, sposób ukazania radzenia sobie z problemami oraz przede wszystkim ścieżka dźwiękowa! Pomijając już moje ulubione One Republic, to doświadczyłam jeszcze Kaleo czy poznałam piękną piosenkę "Looking too closely", którą ostatnio męczę.
  4. Zwierzogród, Shrek Trzeci, Alvin i Wiewiórki 3- ponowne obejrzane gdy leciały w telewizji ;)


Seriale:
Tak bardzo poszalałam w minionym miesiącu z serialami, że obejrzałam aż 3...odcinki. Co prawda pochodziły one z Supernatural, który jest świetny, ale tak jakoś nie miałam ochoty na nic więcej.

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu- 14,5 cm za mną, więc zostało jeszcze 104 cm.
Wyzwanie biblioteczne- z biblioteki przeczytałam jedynie "Weronika postanawia umrzeć".

Inne:
Podsumowanie marca
WWK Przeczytaj i podaj dalej
Zapowiedź najnowszej książki Kasie West

Zapowiedzi:
W maju wychodzi najnowsza Kasie West, którą jednak mam już za sobą i serdecznie polecam! Co więcej?  Pewnie "Spętani przeznaczeniem", która na dniach ma do mnie przylecieć. W kwietniu okazało się, że znalazłam jeszcze kilka interesujących pozycji, ale dopiero w trakcie trwania miesiąca, dlatego jestem ciekawa czym zainteresują mnie blogerzy w maju ;)


Plany:
W kwietniu przeczytałam dość sporo i szczerze powiedziawszy chcę trochę odpocząć. Aktualnie czytam "Dżozef" Jakuba Małeckiego oraz "P.S. Kocham Cię" Cecelii Ahern. Na dokończenie czeka drugi tom Malfetto ale szczerze powiedziawszy trochę mnie on nudzi. Do recenzji ma dotrzeć przedpremierowy egzemplarz "Spętanych przeznaczeniem", a do biblioteki powinnam oddać za niedługo "Anioły i demony", więc i one wskakują na listę.



Czytaj dalej