Sarah J. Maas- "Szklany tron"


Oryginalny tytuł: Throne Of Glass
Rok polskiego wydania:  2013
Wydawnictwo: Uroboros
Seria: Szklany tron #1
Ocena: 8/10

  "Szklany tron" to jedna z książek, które "ciągnęły" się za mną od początkowych miesięcy mojego blogowania. Cztery lata. Przez cztery lata chciałam poznać tę książkę, z mniejszymi i większymi przerwami typu "eee już wcale nie mam na nią ochoty", ale w końcu mi się udało. Obawiałam się przede wszystkim oklepanego i znienawidzonego przeze mnie motywu trójkąta miłosnego, jednak o dziwo nie przeszkadzał mi tak bardzo jak się tego spodziewałam. A moje serce przynależy nie do tego mężczyzny, którego początkowo podejrzewałam o zostanie moim crushem.

  Celaena Sardothien została skazana na dożywotnią, niewolniczą pracę w kopalniach soli w Endovier. Dla zabójczyni jest to ciężka do zniesienia perspektywa, jednak los ma dla niej niespodziankę. Zostaje wybrana by wziąć udział w turnieju o tytuł Królewskiej Obrończyni- zaczynają się dla niej mordercze treningi wśród złodziei, zabójców i żołnierzy. Do czasu aż ginie jeden z uczestników...a potem kolejny. Celaena musi dowiedzieć się kto stoi za cichymi atakami, zanim ten sam los spotka ją.

  "Szklany tron" nie był moim pierwszym spotkaniem z Sarą J. Maas. Już wcześniej miałam okazję przeczytać dwie nowelki z tego uniwersum- "Zabójczyni i Władca Piratów" oraz "Zabójczyni i Czerwona Pustynia". To miał być mój wstęp do świata Celaeny Sardothien, jednak w bibliotece nie znalazłam kolejnych dwóch opowiadań i na pewien czas dałam sobie spokój. Pamiętam jednak, że bardzo mi się one podobały- czytało się szybko, ale były ciekawe, poza tym występował tam Sam, którego pokochałam, co tylko spowodowało spustoszenie w moim sercu. I pośrednio może też dlatego nie chciałam zbyt szybko sięgać po właściwą część historii, wiedząc że tego mężczyzny tam nie będzie. Poznając "Szklany tron" natrafiłam na jedną sporą wzmiankę o nim i natychmiast poczułam pustkę, tak jakbym odczuwała stratę na równi z główną bohaterką. Chciałabym od nowa przeczytać tamte nowelki i zabrać się za pozostałe, ale na razie czuję przesyt książkami Sary J.Maas, więc pewnie znów minie sporo czasu zanim sięgnę po prequele i kontynuacje.

  Historia Celaeny jest naprawdę fajna. Młoda dziewczyna skazana na niewolnicze i wykańczające prace, ale dostająca szansę i gotowa ją wykorzystać. Jest silna, zabójcza i dokładna, a jednocześnie ma słabość do słodyczy i błyskotek, jest delikatna i momentami bardzo dziewczęca. Widzę w niej ogromny kontrast- mimo iż wiele wycierpiała, to nie straciła do końca swojej radości z życia i ciekawości. Ta ostatnia cecha prowadzi ją do zaskakujących odkryć na zamku Doriana, które stają się początkiem fascynującej przygody dla czytelnika. Czasami Celaena mnie drażniła, wydawała się być straszną materialistką i przekonaną o własnej wyjątkowości kokietką, jednak przymykałam na to oko. Sam Dorian nie wzbudził mojej całkowitej sympatii. Owszem jest ujmujący i wiem z jakimi problemami się zmaga, jednak nie potrafiłam polubić księcia, który wydawał mi się ogromnie wyidealizowany. Czarujący, przystojny, rozmowny, a dodatkowo z wyjątkową słabością do płci pięknej, jak dla mnie miał w sobie za mało charakteru. Natomiast Chaol- ten milczący, surowy Chaol, któremu od początku przypisywałam złe cechy, stał się moim crushem. Oddany, prawdomówny, nie patrzący na innych, ale posłuszny królowi, zaniżający własną wartość, stający się cieniem- on jest cudowny. Nie wiem jeszcze czy w kontekście romantycznej relacji z Celaeną, czy tak po prostu, ale bez dwóch zdań jest niesamowity.

  Historia jest ciekawa, wciągająca, a książkę wręcz się pochłania. Sarah J. Maas pisze świetne powieści dla młodzieży i mówię to już po lekturze dwóch części innej jej serii, mianowicie "Dworu cierni i róż" oraz "Dworu mgieł i furii". Kiedy skończyłam czytać "Szklany tron", od razu pobiegam do biblioteki i wypożyczyłam "Koronę w mroku". Póki co leży sobie ona na półce i czeka na swój czas, jednak jestem pewna że on za niedługo nastąpi. Otóż- mam problem z zapamiętaniem jak dokładnie pisze się imię głównej bohaterki, dlatego w ramach pomocy wstukałam je sobie w google po swojemu i uznałam, że w razie czego wyszukiwarka mnie poprawi. I stąd mój mały apel do Was- nie róbcie tego. Jeśli czytaliście tylko pierwszy tom serii i nie macie ochoty na GIGANTYCZNY w moich oczach spoiler, nie wpisujcie nigdzie imienia Celaeny. Ja teraz siedzę i zastanawiam się po co w ogóle chciałam się upewniać, bo tylko powiększyłam moją ciekawość i pewnie sięgnę po ten drugi tom, mimo iż mam zaczęte dwie inne książki, a wczoraj skończyłam ACOMAF i czuję przesyt Sary J. Maas.

Zapraszam do konkursu! :)
http://czytelniadominiki.blogspot.com/2018/02/walentynkowy-konkurs-z-terapia.html

Czytaj dalej

Remigiusz Mróz- "Inwigilacja" & "Oskarżenie"


Miałam wielkie opory przed pisaniem opinii na temat tych dwóch książek, ponieważ mam wrażenie że wszystko co ważne, wszystko to co chciałam napisać o tej serii, ujęłam w tym poście. Pojawił się on mniej więcej w połowie grudnia i zostawiłam w nim myśl, która brzmiała tak "... martwię się czy dam radę wytrzymać z czytaniem "Oskarżenia" do premiery następnego tomu, tak żeby zawsze mieć coś w zanadrzu, czy jednak polegnę szybciej niż podejrzewam." Co tu dużo mówić- poległam. I to w tak spektakularny sposób, że publikując tamtą opinię tak bardzo zatęskniłam za bohaterami, że dokończyłam "Inwigilację" i zaraz zabrałam się za "Oskarżenie". A kilkanaście dni temu dowiedziałam się, że siódmy tom serii będzie nazywał się "Testament" i ukaże się już w połowie marca. I wierzcie mi bądź nie, ale poczułam wenę do napisania czegoś szerszego na temat tych dwóch części, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego na moim blogu. To tak jakby nawet najmniejsze skrawki informacji na temat Chyłki i Zordona powodowały moją tęsknotę za nimi, a jednocześnie pokazywały mi, że jestem w stanie napisać na ich temat jeszcze coś nowego, chociażby coś co będzie zaczerpniętą z mojego życia anegdotką na ich temat. I stąd ten post.

'Inwigilacja" to tom, który czytałam najdłużej. Serię sobie zmaratonowałam, więc dość szybko poczułam jej przesyt i dlatego postanowiłam od niej odpocząć. Podjęcie wątku Fahada- domniemanego terrorysty nie do końca mnie kupiło, jednak wszystko zrekompensowała mi relacja Chyłki i Zordona oraz zakończenie (TO ZAKOŃCZENIE!), które jako jedyne jak dotąd mnie zaskoczyło. Chociaż słowa "jak dotąd" okazują się nietrafione, jeśli pozna się "Oskarżenie". Bo ostatnie strony szóstego tomu również były dla mnie niespodzianką i spowodowały reakcję "co tu się właśnie stało?".



Samo "Oskarżenie" jest moim ulubionym tomem, na równi z "Zaginięciem" oraz "Immunitetem". W ogóle czuję, że jeśli chodzi o tę serię, to moje wrażenia totalnie kłócą się z wrażeniami innych czytelników. Wszyscy byli zachwyceni "Rewizją", a ja uważam ją za najsłabsze ogniwo. Wszyscy krytykowali "Oskarżenie"? Ja stawiam ją na moim prywatnym podium. W ostatniej jak dotąd części Zordon trochę namieszał i prowokował mnie do tego, by zmienić o nim zdanie, tak się jednak nie stało. Bardzo lubię tę postać i odnoszę wrażenie że z tomu na tom on staje się coraz bardziej dojrzały emocjonalnie. Widzę teraz ogromną różnicę między bohaterami z pierwszego tomu, a tymi z szóstego. Ukształtowały ich wszystkie doświadczenia i wszystkie kłody, które rzucił im pod nogi sam autor.

Dalej nie rozstrzygnęłam kwestii tego,  czy bardziej kocham styl pisania Pana Mroza czy raczej sam duet Chyłki i Zordona. Trochę się boję, że bohaterów innych serii nie polubię tak bardzo jak tej dwójki, ale nie zamierzam się martwić na zapas. Jedyną rzeczą, na którą powinnam zwrócić uwagę jest fakt, że minęło już kilka tygodni mojej rozłąki z autorem i chyba powinnam coś ruszyć, nie sądzicie?
Czytaj dalej

Walentynkowy konkurs z "Terapią"

W podziękowaniu, że jest Was tutaj aż tak dużo i że dzisiaj jest dzień miłości, którą należy rozprzestrzeniać, chciałabym zaprosić Was do wzięcia udziału w konkursie z "Terapią" Kathryn Perez. Chcę posłać w świat egzemplarz raz czytany, w idealnym stanie, z historią którą pokochało wiele osób. To co? Zainteresowani?




REGULAMIN KONKURSU:
1. Organizatorką konkursu jest autorka bloga www.czytelniadominiki.blogspot.com
2. Konkurs trwa od 14.02.2018 r. do 28.02.2018 r.
3. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby, które posiadają adres zamieszkania/korespondencji w Polsce.
4. Do wygrania jest książka Kathryn Perez pt. "Terapia", egzemplarz raz przeze mnie przeczytany, w idealnym stanie.
5. Aby wziąć udział w konkursie należy wykonać zadanie konkursowe, które jest podane poniżej.
6. Konkurs jest przeznaczony dla czytelników bloga, więc należy go obserwować.
7. Nie wymagam udostępniania baneru, niemniej jednak będzie mi bardzo miło gdy ktoś to zrobi.
8. Udział w konkursie jest jednoznaczny z akceptacją regulaminu.
9.  Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych ( Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)


PYTANIE KONKURSOWE:
Podaj tytuł aktualnie czytanej książki i napisz co Ci się w niej podoba/nie podoba?


Zadanie konkursowe jest prościutkie, a nagroda całkiem fajna, więc myślę że można powalczyć :)
Czytaj dalej

Rutkoski Marie- "Pojedynek"


Oryginalny tytuł: The Winner's Curse
Rok polskiego wydania: 2015
Wydawnictwo: Feeria Young
Seria: Niezwyciężona #1
Ocena: 8/10

  "Pojedynek" to jedna z tych książek, po które nigdy nie miałam zamiaru sięgać, ponieważ byłam przekonana, że pod szyldem "dla młodzieży" kryje się faktycznie powieść przeznaczona do tej grupy docelowej, taka jednorazówka. Ale bardzo dużo osób pozytywnie się o niej wypowiadało, pamiętam nawet problem jaki wynikł z powodu braku ostatniego tomu, ale dopiero niedawno postanowiłam sprawdzić o co zrobił się taki szum. I w sumie jest to młodzieżówka, ale bardzo przyjemnie można spędzić przy niej czas, nie irytując się na bezpodstawne zachowania bohaterów, a zamiast tego poznać naprawdę ogarniętych nastolatków.

  Kestrel pochodzi z wojowniczego ludu Valorian. Na aukcji niewolników kupuje Arina, młodego Herrańczyka, który wydaje jej się wart więcej niż wizerunek, który pokazuje innym. Początkowo niechętni wobec siebie nawzajem, później przywiązani do siebie bardziej niż do kogokolwiek innego w swoim życiu. Tylko czy jeśli trzeba będzie podjąć ostateczną decyzję, to zwycięży ich zażyłość czy lojalność wobec własnego ludu?

  "Pojedynek" bardzo miło mnie zaskoczył. Czytając różne opinie byłam przygotowana na coś dobrego, jednak czaił się we mnie pewnego rodzaju sceptycyzm, któremu uległam. Jednak już pierwsze strony udowodniły mi, że mam do czynienia z czymś, co będzie w moim guście do samego końca i na szczęście tak było. Zaczęłam lekturę wieczorem, co już na wstępie było złą decyzją, ponieważ nie mogłam się oderwać i najchętniej poznawałabym losy Kestrel i Arina na tyle długo, że rano obudziłabym się wyglądając jak siedem nieszczęść. Niestety nie mogłam sobie na to pozwolić, więc z bólem serca odłożyłam "Pojedynek" na półkę i kontynuowałam w dniu następnym. Szybkość z jaką pochłania się strony jest niesamowita! W tym przypadku stwierdzenie "jeszcze jeden rozdział" jest kłamstwem powtarzanym co pewien okres, aż do znudzenia. Pod tym względem Marie Rutkoski spisała się na medal, jednak nie jest to jedyna zaleta jej serii.

  Wszystko kręci się wokół dworskich intryg, walki o swoje miejsce na ziemi oraz rozmów, które z każdym kolejnym razem zbliżają do siebie dwójkę ludzi, którym nie jest pisane bycie ze sobą. Jeśli chodzi o wątek romantyczny to uważam, że nie do końca nawet mogę tak nazwać tę relację, ponieważ jest ona bardzo naturalna. Wszystko rozwija się powoli- mamy rozwagę i ostrożność zamiast namiętności i nieszczerych komunikatów oraz pewnego rodzaju dystans, który jest następstwem nieufności nastolatków wobec siebie nawzajem. Podoba mi się wewnętrzny konflikt zarówno Kestrel jak i Arina o to co znają i co im dyktuje rozum, a o to co obce i co podpowiada im serce. 

  Pod pewnymi względami "Pojedynek" przypomina mi "Misję Ivy". Zarówno tutaj jak i tam mamy dwa wrogie sobie obozy i nastoletnich ludzi, których zaczyna łączyć trudna relacja. To co jeszcze jest podobne to styl jakimi posługują się obie autorki- łatwy w odbiorze, lekki i sprawiający, że trudno jest odłożyć lekturę. Marie Rutkoski wykreowała jednak świat wyglądający na bardziej skomplikowany, a jak sama przyznaje jej inspiracją były historie starożytnych Greków i Rzymian. Bardzo mi się to podoba, czekam jednak na to, jak historia rozwinie się dalej.

  "Pojedynek" był bardzo satysfakcjonującą lekturą, która nie nuży a raczej sprawia, że czytelnik zaczyna utożsamiać się z bohaterami. Kestrel to mądra i odważna dziewczyna, a Arin umie walczyć o swoje, co czyni ich naprawdę godnymi uwagi nastolatkami. Sama książka jest godna polecenia, powinna spodobać się zarówno swojej kategorii wiekowej, jak i osobom starszym, którzy usiądą do niej bez ogromnych oczekiwań.

  Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na tom trzeci, którego w Polsce nie ma i najprawdopodobniej już nie będzie. Z jednej strony rozumiem decyzję Wydawcy- seria się nie sprzedaje, nie warto tłumaczyć jej dalej. Ale czy ona naprawdę się nie sprzedaje? Jestem w naprawdę ciężkim szoku, że mając praktycznie same pozytywne recenzje i mnóstwo fanów, historii Marie Rutkoski brakuje zadowolonych czytelników. I to już nawet nie chodzi o podejście "wydając tom pierwszy, pasowałoby wydać i ostatni", bo rynek się zmienia i jak coś jest nieopłacalne dla Wydawcy, to on podejmuje decyzję. Ale czy serio ta seria ma na tyle mało fanów, że nie warto jej kontynuować? Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś sytuacja się zmieni i dostaniemy w nasze ręce ostatnią część trylogii, czyli "The Winner's Kiss".
Czytaj dalej

Brittainy C. Cherry- "Powietrze, którym oddycha"


Oryginalny tytuł: The Air He Breathes
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Filia
Seria: Żywioły #1
Ocena: 8/10

Był taki czas kiedy byłam totalnie zauroczona książką pt. "Kochając Pana Danielsa". Autorka bardzo mnie urzekła swoim stylem pisania, tematyką żałoby i zakazanej miłości pod kilkoma postaciami, jednak od tamtej pory minęło trochę czasu, a przez moje życie przewinęła się masa innych tytułów. I nie tyle zapomniałam o tej powieści, co wmówiłam sobie, że podobała mi się mniej. Miesiąc temu natrafiłam na podsumowanie Gosi, która ujęła "Powietrze, którym oddycha" w zestawieniu największych rozczarowań minionego roku. Kilka dni później byłam w bibliotece i moje oko wypatrzyło właśnie ten tytuł, a ja postanowiłam, że spontanicznie wezmę go ze sobą i zadecyduję czy chcę ją przeczytać czy jednak nie. Ale los chciał, że potrzebowałam lekkiego czytadła do torebki i wzięłam z półki właśnie Brittainy. Czy żałuję? W żadnym wypadku.

Elizabeth i Tristan to dwie poranione dusze. Poznają się gdy ta potrąca samochodem jego czworonoga i od początku mężczyzna pała do niej niechęcią. Okazuje się, że lokalna społeczność nie ma o nim dobrego zdania, przez to że Tristan jest samotnikiem i sprawia mało przyjazne wrażenie. Jednak Elizabeth od początku widzi w nim coś więcej, niż on sam chce ludziom pokazać. Czy ze związku dwóch skrzywdzonych i opuszczonych osób z bagażem doświadczeń może powstać coś dobrego?

Znów przywołam Gosię, która napisała, że ta książka to jeden wielki zbieg okoliczności i brakowało wiadomości, że Tristan i Elizabeth są zaginionym rodzeństwem. Tutaj totalnie się zgadzam, ponieważ to jest naprawdę pokręcone! Zaczyna się od potrącenia psa, potem okazuje się że on wynajął dom po sąsiedzku oraz lubi spędzać czas w lesie, który (co za zaskoczenie!) jest też jej ulubionym miejscem. To dopiero początek, dalsze wymienianie mogłoby być znaczącym spolierem, a tego wolałabym uniknąć. Prawdą jednak jest, że nie było miejsca, w którym by na siebie nie wpadali. Kiedy zaczynałam czytać książkę z tą wiedzą, to te zbiegi okoliczności raczej mnie bawiły niż irytowały i w pewnym momencie już grałam w zgadywanki typu "gdzie tym razem?".

Podchodziłam do tej książki w bardzo neutralny sposób- nie dałam się oszołomić wiadomości, że to ta Brittainy od tej innej świetnej książki, ale też nie podchodziłam do niej z kijem w ręku. Zaczęłam lekturę ze świadomością "co ma być to będzie" i właśnie takiego podejścia do niej Wam życzę, ponieważ oszczędzicie sobie wielu nerwów przy oglądaniu powtarzających się schematów i miło spędzicie czas. Bo ta książka jest przewidywalna. A nawet bardzo. Od początku wiedziałam jak się skończy, a im bardziej się w nią zagłębiałam, tym więcej szczegółów okazywało się słuszne z moimi podejrzeniami. No i autorka nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła pod koniec jakiegoś dramatu, który osobiście uważam za bardzo śmieszny i niepasujący do klimatu tej powieści.

Elizabeth i Tristana polubiłam, nie wyróżniają się oni niczym specjalnym i na pewno nie zapadną mi w pamięć na dłużej, jednak nie zszargałam sobie nerwów przy ich towarzystwie, więc jest dobrze. Nie polubiłam za to Faye oraz Trenta, a reszta postaci drugoplanowych była mi szczerze mówiąc obojętna.

Tak więc widzicie, że "Powietrze, którym oddycha" jest bardzo fajne, jeśli nie ma się co do niej ogromnych oczekiwań. Są sytuacje śmieszne, irracjonalne i dziwne, ale prawie 400 stron pochłonęłam w sumie w kilka godzin. Strony przemykały między palcami, a sama treść nie zostanie mi na długo w pamięci, ale nie żałuję lektury, bo właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Kolejne części bardzo chętnie przeczytam jak tylko znajdę je w bibliotece, ponieważ mimo wszystko nie są to książki, które koniecznie chciałabym kupować i posiadać na własność, nawet jeśli mają tak ładne okładki.

Inne powieści autorki na blogu:
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca- styczeń 2018

Patrząc na kartkę w kalendarzu aż chciałoby się rzec "Kiedy? Kiedy to zleciało?". Faktem jest, że pierwszy miesiąc 2018 roku już za nami, ale za to sezon na czytelnicze podsumowania się rozpoczął, a uwielbiam je przygotowywać i czytać u Was! Jaki był mój styczeń? Smutny. Tym jednym słowem mogę opisać to co się u mnie działo, a raczej to co się działo w mojej głowie. Czułam się przytłoczona życiem, tym że nie przedstawia się ono zbyt ambitnie, tym że nie studiuję, a czasami bardzo bym chciała ( naprawdę! chwilami aż zazdrościłam studentom sesji), tym że moje dni zlewają się w jedno, a ja nie mam siły by cokolwiek z tym zrobić. I nie wierzę, że to mówię, ale tęsknię już za wiosną. Normalnie jestem fanką zimy i jesieni, ale tym razem chciałabym wystawić twarz do słońca, ubrać trampki i pojeździć na rowerze. Jak patrzę na zdjęcia z maja, to robi mi się smutno, że muszę jeszcze tyle czekać. Momentami chciałam rzucić wszystko i wszystkich i wyjść z podniesionym jednym palcem jednej ręki. Nie mieć zmartwień. Nie mieć dość. Poczuć się wolną i spełnioną. A momentami chciałam się zakopać pod kołdrą z kubkiem (opcjonalnie wiadrem) ciepłej herbaty i przeczekać. Jakaś chandra mnie złapała i nie chce opuścić, nie znam sposobów na ostateczne jej wygnanie, czytam książki i oglądam filmy i seriale, słucham muzyki, a ona znika tylko na chwilę. Ale w sumie dobre są te chwile, bo to zawsze jakiś odpoczynek od nieustannej wojny w moich myślach. Ostatnie dni stycznia były jednak nie najgorsze- rzeczywiście pojawiło się słońce, poczułam się lepiej i mam wrażenie, że zgubiłam te ciągłe kłody, po których deptałam. Oby na jak najdłużej.

ALE. Żeby nie było, że cały styczeń chodziłam jak tykająca bomba, gotowa w każdej chwili wybuchnąć, to wydarzyło się też trochę dobrych rzeczy. Byłam w kinie na bardzo fajnym filmie, słuchałam koncertu kolęd, wybrałam się na kilkukilometrowy spacer, od którego miałam odciski, spotykałam się z przyjaciółmi, dostałam tablicę rejestracyjną z moim imieniem, przez co teraz wożę się jak księżniczka (:D), odebrałam bilety do kina, które udało mi się wygrać oraz przez cały miesiąc prowadziłam mój słoik dobrych rzeczy. Nałożyłam na twarz maskę wydry ( rewelacyjnie się w tym wygląda!), starałam się robić jak najwięcej dobrych rzeczy dla innych ludzi oraz jadłam pierogi ze szpinakiem i hummus. Żadnej z tych dwóch nie polecam, niedobre ;) Połowa stycznia obfitowała w wiele książek i filmów, druga połówka była raczej skromna. A tak to wygląda:

Książki:



  • Marie Rutkoski-"Pojedynek"
  • Kathryn Perez- "Terapia"
  • Brittainy C. Cherry- "Powietrze, którym oddycha"
  • Sarah J. Maas- "Szklany tron"
  • Emily Bronte- "Wichrowe wzgórza"
Cieszy mnie fakt, że już w pierwszym miesiącu nowego roku poznałam trzy historie, które tak długo za mną chodziły i że okazały się one warte mojego czasu. Pozostała dwójka, czyli "Terapia" i "Powietrze, którym oddycha" to raczej typy spontaniczne, ale również nie żałuję, że po nie sięgnęłam.

Jeśli chodzi o blogowe sprawy- nie udało mi się być systematyczną i na czas pisać opinii na temat przeczytanych książek, jednak udało mi się opublikować wszystkie ( z wyjątkiem jednego) posty, które sobie zaplanowałam.

Filmy:
Na tym polu totalnie oszalałam, a uświadomiłam to sobie dopiero przy tworzeniu tego podsumowania. W styczniu łącznie obejrzałam 11 filmów: Lemony Snicket: Seria Niefortunnych Zdarzeń widziałam przez przypadek w telewizji i stwierdzam, że nawet mi się podobał. Gwiazdka z Holly to miła, odmóżdżająca i jeszcze nie taka głupia komedia z wątkiem świątecznym, jednak nie sądzę bym miała do niej wrócić. Harry Potter i Kamień Filozoficzny to moje pierwsze spotkanie z młodym czarodziejem i tak zaciekawiła mnie ta historia, że aż zaczęłam czytać książkę (również po raz pierwszy). Tajemnice lasu oglądałam na raty i muszę przyznać, że poza aktorami, których naprawdę lubię, pięknymi piosenkami i motywem baśni- średnio jestem zadowolona. Mam wrażenie, że w tym filmie nic nie trzymało się niczego, wszystko było wrzucone do jednego worka i wymieszane. Listy do Julii to moje romantyczne odkrycie tego roku! Uroczy, zabawny, z miłą dla oka obsadą i naprawdę wciągający! Harry Potter i Komnata Tajemnic to ciąg dalszy mojej przygody z Hogwartem i jak dotąd- moja ulubiona część. Narzeczony na niby to moje drugie odkrycie romantyczne tego roku, a na dodatek polskie! Jestem naprawdę bardzo zaskoczona tym, jak bardzo ten film mi się podobał, biorąc pod uwagę inne tego typu rodzime produkcje, które rażą mnie po oczach infantylnością. Tylko Adamczyka bym wykreśliła. Harry Potter i Więzień Azkabanu oraz Harry Potter i Czara Ognia to kontynuacja znajomości z Potterem, w dalszym ciągu świetna. Once zachwyciło mnie piosenkami i ogólnym przesłaniem filmu, jednak nie do końca kupił mnie sposób przedstawienia tej historii. Natomiast Siódmy syn to srogie rozczarowanie, jeden z gorszych młodzieżowo-fantastycznych filmów, jakie kiedykolwiek oglądałam.


Seriale:
Za namową wielu osób odpaliłam The End of The F***ing World i po pierwszym odcinku miałam ochotę więcej tego nie włączać. Jednak koleżanka pytała czy obejrzałam, a ja uznałam że nie zawodzą mnie jej polecenia, więc dokończyłam. I tak od drugiego odcinka przepadłam. Kocham dwójkę głównych bohaterów, kocham to w jaki sposób na siebie wpływają, kocham za humor, za przesłanie i za brytyjskie akcenty. Widziałam też pierwszy odcinek Lucyfera i mimo iż główny bohater jest świetny i ma (znowu!) brytyjski akcent to jednak nie czuję się do końca przekonana.

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu- w sumie wychodzi tego 15,3 cm, więc do ukończenia wyzwania zostało mi 148,7
Wyzwanie biblioteczne- Z biblioteki przygarnęłam "Powietrze, którym oddycha", "Szklany tron" oraz "Wichrowe wzgórza".

Inne:
Podsumowanie grudnia
Podsumowanie 2017 roku
Najlepsze & Najgorsze książki minionego roku
Całoroczny book haul



Zapowiedzi:
W lutym czekam na "Perfect game" i to by chyba było na tyle.

Plany:
Biblioteczne terminy mnie gonią, a cały czas trzymam zaległą "Ofiarę losu" Lackberg oraz "Więźnia nieba" Zafóna, a poza tym mam jeszcze dwie Sary J. Maas ;)

Czytaj dalej