[PRZEDPREMIEROWO] Susan Dennard- "Wiatrodziej"

 
Oryginalny tytuł: Windwitch
Rok polskiego wydania: 2017
Wydawnictwo: SQN
Seria: Czaroziemie #2
Ocena: 9/10

Możliwe delikatne spoilery na temat "Wiatrodzieja"- nic arcyważnego, jednak jeśli nie lubicie wiedzieć pewnych rzeczy przed przeczytaniem książki, będzie mi miło jak zaglądniecie tutaj później :)

  Czaroziemie to seria, która szturmem wkroczyła w moje życie i tak nim zawładnęła, że to aż niespotykane. Dość rzadko czytam powieści fantasy, gdzie wymyślone są imiona, świat oraz wydarzenia, ale plusem takiego rozwiązania jest to, że praktycznie każda książka tego rodzaju mnie pochłania na kilka godzin. Bardzo miło jest poznawać nowych autorów, nowe style pisania, nowe kreacje świata, a jeszcze milej jest wtedy, kiedy taka osoba cię zaskakuje i staje się jedną z ulubionych autorek.

  Zakończenie "Prawodziejki" pozostawiło po sobie niedosyt oraz więcej pytań niż odpowiedzi na nie, dlatego z niecierpliwością wyczekiwałam momentu, kiedy dowiem się jak dalej potoczyły się losy Safi, Iseult, Merika i reszty. "Wiatrodziej" to tom skierowany głównie na postać Merika, młodego księcia, który na skutek kilku niefortunnych wydarzeń zostaje uznany za zmarłego. Ale narracja w dalszym ciągu obejmuje nie tylko jego, a kilkoro innych ludzi.  Jeśli dobrze pamiętam jest ich pięcioro, co jak dla mnie jest super sprawą, ponieważ możemy być w kilku miejscach jednocześnie. Wiemy gdzie jest Safi, podczas gdy za chwilę w tym samym czasie dowiadujemy się co porabia Iseult. Przy tak dużej ilości wydarzeń, jest to rozwiązanie naprawdę bardzo wygodne, gdyż spokojnie można nadążyć za i tak dość szybko pędzącą akcją.

  Susan Dennard w drugim tomie wprowadziła kilkoro nowych bohaterów, jednych ważniejszych, innych mniej. Dwie osoby, które poznaliśmy w "Prawdodziejce" kopnął zaszczyt i otrzymały prezent w postaci opowiedzenia własnej historii. Mówię o Aeduanie i Vivii, dwójce moich ulubionych narratorów tej części. O ile uwielbiam duet Safi i Merika, którzy tak samo dobrze funkcjonują oddzielnie, to teraz moja miłość przerzuciła się na Iseult, Aeduana i Vivię. Postać księżniczki odkrywa nowe karty we wcześniej opowiedzianej historii- nie zgadza się z wizją jej brata, za to totalnie podoba się mi. Jej oddanie Nubrevnie, walka o lepszy byt jest zaskakująca. I chociaż używa dość drastycznych i nie zawsze dobrych metod, to Vivia zasłużyła na moje uznanie. Jestem również szalenie ciekawa czy autorka zechce rozwinąć romantyczny związek Vivii i... pewnej osoby, której imienia nie zdradzę, ale niektórzy na pewno wiedzą o kim piszę.

  Gdy skończyłam czytać pierwszy tom, miałam nadzieję że Susan poruszy coś w związku z Aeduanem i Iseult. Zależało mi na romantycznej relacji między tą dwójką, ponieważ uwielbiam motyw narodzin miłości z początkowej nienawiści. Nie mogę powiedzieć, że to moje małe marzenie ziściło się stuprocentowo, ale pod pewnymi względami jak najbardziej. Ta para przez pewien czas podróżuje razem i stopniowo się do siebie zbliża. Nie mogę powiedzieć, że czytelnik widzi tonę chemii między nimi, w tym wypadku to tak nie działa. To jest subtelne i bardzo wątłe (póki co) partnerstwo. Ale nie mogę narzekać, że dostałam tylko tyle. Uważam, że dostałam aż nadto, chociaż Susan nie podążyła w tym kierunku co myślałam. Jestem więcej niż usatysfakcjonowana relacją tej dwójki.

  Chciałabym móc napisać, że ta książka ma same plusy, jest nieskazitelnie czysta, bez wad. Jednak jeszcze nie spotkałam się z takim tytułem, który byłby całkowicie perfekcyjny, W tym wypadku w dalszym ciągu muszę zwrócić uwagę na kreację świata przedstawionego. Wspominałam o tym przy okazji opisywania moich wrażeń po lekturze "Prawdodziejki" i niestety w tej kwestii niewiele się zmieniło. Myślałam, że drugi tom coś tam skoryguje, jednak jeśli już w pierwszym pojawiły się luki, to potem coraz trudniej te luki załatać. Autorka niedokładnie objaśniła nam wymyślony przez nią świat i już wcześniej miałam problem by niektóre rzeczy porządnie ułożyć sobie w głowie. Tutaj poczucie dezorientacji momentami się nasila. Poczytałabym coś na temat tego jak to się dzieje, że niektórzy mają moce, a inni nie. Jak to jest z tą polityką państw, o co kiedyś się pokłócili i co jest drzazgą dzisiaj. Naprawdę brakowało mi pewnych informacji i teraz straciłam już nadzieję, że poznam je kiedykolwiek.

  Jednak pomimo tej wady książka jest naprawdę niesamowita. Cały czas coś się dzieje, bohaterowie są przesympatyczni i naprawdę ciężko ich nie polubić, a wieloosobowa narracja dale poczucie wiedzy o wszystkim. Zdaję sobie sprawę z tego, że kreacja Czaroziem kuleje, ale tak samo jak w pierwszym tomie, to tak samo i tutaj pozwolę sobie powiedzieć, że jasnych elementów jest o wiele więcej niż ciemnych. Jedna rzecz nie może mi zepsuć opinii o całej pracy, jaką włożyła w książkę Susan Dennard.

Za możliwość przedpremierowego przeczytania "Wiatrodzieja" po stokroć dziękuję Wydawnictwu SQN ♥ Premiera tej fantastycznej powieści już 10 maja!



Inne książki Susan Dennard na blogu:

Czytaj dalej

PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ \\ 3



Po raz trzeci już biorę udział w akcji PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ, którą w tym roku organizuje Magda we współpracy z Eweliną. Osobiście uwielbiam wymiany, chociaż staram się ograniczać- co za dużo to niezdrowo ;)
Poniżej widzicie książki, jakie przeznaczam na wymianę, także czekam na Wasze propozycje! 



STAN IDEALNY:
"Nieprzekraczalna granica" ( wymieniona na "Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno" z Kingą)
"Przypadkowe szczęście" ( wymieniona na "Straż" z Olą)
"Ostatni wola Sonji"
"Pośród żółtych płatków róż" ( wymieniona na "Malfetto.Drużyna Róży" z Pauliną
"Życie ma smak"

STAN BARDZO DOBRY:
"Dotyk Julii" (wymieniona na "Wyśnione miejsca" z Kasią)
"W objęciach chłodu" ( seria: Jutro 3)
"Purgatorium"
"Dzikie stwory"
"Czy boisz się ciemności?"
"Krew Illapa"



Akcja trwa od 22 kwietnia do 1 maja, także czasu jest mnóstwo! Liczę na to, że uda mi się wymienić choć jeden tytuł ^^
Czytaj dalej

Susan Dennard- "Prawdodziejka"


Oryginalny tytuł: Truthwitch
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: SQN
Seria: Czaroziemie #1
Ocena: 9/10

  "Prawdodziejka" pod tak wieloma względami mnie zaskoczyła, że aż trudno zebrać mi moje myśli w jedną sensowną i spójną całość. Bardzo rzadko czytam książki fantasy, co jest niedorzeczne gdyż tak bardzo je lubię. Ma to jednak też swoje dobre strony- taki odwyk od gatunku sprawia, że każda nowa opowieść podoba mi się po stokroć bardziej- nie wychwytuję schematów, wszystko jest dla mnie świeże, a przez historię najzwyczajniej w świecie płynę.

  Safi i Iseult to dwie młode dziewczyny, które posiadają pewne moce. Safi jest prawdodziejką, potrafi wyczuć kiedy ktoś kłamie, natomiast Iseult to więziodziejka- widzi jakie uczucia targają spotkanymi przez nią ludźmi. Jednak teraz popadły w tarapaty i muszą uciekać. Po drodze dowiadują się nowych dla nich rzeczy, poznają osoby które potem w jakiś sposób staną się dla nich ważne, oraz przeżywają niesamowite przygody. 

  Susan Dennard pojawiła się tak właściwie znikąd i owinęła mnie sobie wokół palca. Stworzyła pasjonującą lekturę, od której nie mogłam się oderwać. Pokochałam Iseult za to, że była wycofana, spokojna i poważna, a jednak miała odwagę by walczyć o to, na czym jej zależy. Pokochałam Safi za to, że choć pozornie wygląda na osobę kruchą i nieostrożną, to jednak kiedy trzeba, idzie ramię w ramię z Iseult. Pokochałam Merika za to, że był skłonny do poświęceń i odpowiedzialny za swoją ojczyznę. Pokochałam relacje Safi-Iseult oraz Merik-Kullen, za to że pokazywały przyjaźń w tej najlepszej postaci. Chociaż po czasie doszłam do wniosku, że te męska jednak nie dorównywała żeńskiej w żadnym stopniu.

  Podobało mi się to, że Susan Dennard położyła nacisk na akcję. Tutaj praktycznie ciągle coś się dzieje, ktoś ucieka, ktoś goni, ktoś walczy. Osobiście jestem najbardziej zafascynowana czasem, kiedy historia odkrywała się na morzu, na statku. Bardzo rzadko mam okazję spędzać czas właśnie tam i każda pojedyncza książka mnie tym zachwyca. Poza tym humor w tej książce, również niesamowicie mi pasował. Nie było go dużo, ale jak już się pojawił to w tym najlepszym wydaniu. Wprost uwielbiam słowne przekomarzania Safi i Merika!

  Jedyną wadą jaką mogłabym przypisać tej książce jest kreacja świata przedstawionego. A może nawet nie tyle kreacja, co wprowadzenie do niego. Susan opowiada o tym tak, jakbyśmy już od samego początku doskonale wiedzieli jak ten świat wygląda. Rzuca nas na głęboką wodę, nie dając czasu na przyswojenie informacji. Coś tam wspomina o tym jak jest, jak powinno być, jak było, ale tak naprawdę niewiele wyniosłam z tych opowieści. Naprawdę mam problem z tym, aby powiedzieć jak wygląda to życie. Dostaję informacje, ale są one bez takiego ładu i składu, na jaki mogłabym liczyć. Bardzo często narzekam, że właśnie to wprowadzenie do książki zajmuje autorom masę stron, podczas gdy można byłoby to skrócić. Teraz jednak będę uważniej dobierać słowa- zawsze trzeba znaleźć złoty środek, nie za mało nie za dużo.

  "Prawdodziejka"' utwierdza mnie w przekonaniu, że po najciekawsze książki zawsze sięgam przez przypadek. Ta pasowała mi do klubu książkowego i znalazłam ją w bibliotece. Bardzo się cieszę że spróbowałam, ponieważ to otworzyło mi drzwi do magicznego świata Czaroziem- pełnego intryg, niebezpieczeństw i zasadzek. Wydawać by się mogło, że ta jedna wada o której wspominałam, powinna o wiele bardziej zaważyć na mojej ocenie, jednak tak nie jest. Za bardzo spodobali mi się bohaterowie oraz sposób w jaki pisze Susan Dennard, bym mogła ją uznać za decydującą. 

  Chciałabym napisać, że z niecierpliwością oczekuję drugiego tomu, ale w chwili gdy piszę ten post jestem już po lekturze "Wiatrodzieja" i Wy po prostu musicie to przeczytać. Premiera już 10 maja!

Czytaj dalej

Colleen Hoover- "Ugly love"



Oryginalny tytuł: Ugly Love
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 6/10


  Doskonale pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam głos Griffina Petersona. Było to przy okazji premiery "Maybe someday". Już wtedy przesłuchałam całą książkową playlistę, na czele z tytułowym krążkiem. Jednak po przeczytaniu powieści troszkę inaczej zaczęłam odbierać te cudowne piosenki- jedne mi się znudziły, w innych odkryłam potencjał. I zaczęłam szukać. Znalazłam wtedy kolejną piosenkę Petersona, tym razem napisaną specjalnie pod inną książkę Hoover, czyli "Ugly love". Trochę się powstrzymywałam- bałam się, że piosenka za bardzo mi się spodoba i wtedy będę miała zbyt wysokie wymagania do lektury. Po części moje obawy się sprawdziły- "Ugly love" bardzo długo powtarzało się na mojej playliście, polecałam koleżankom i ogólnie byłam zachwycona. Nie nabrałam ogromnych wymagań- miało się czytać przyjemnie i z być może wzruszającym akcentem na końcu. Jednak na podstawie piosenki nabrałam pewnych określonych wzorców- obmyśliłam sobie jak wszystko mogłoby wyglądać... i tutaj pojawia się moje rozczarowanie.

  Tate jest dwudziestokilkuletnią pielęgniarką, a Miles dwudziestokilkuletnim pilotem. Kiedy ona wprowadza się do mieszkania swojego brata i poznaje tego seksownego sąsiada, jej życie wywraca się do góry nogami. Jednak mężczyzna ma dwie zasady: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Początkowo Tate pasuje taki układ, jednak z biegiem czasu Miles zaczyna ją fascynować na tyle, że kobieta chce złamać te prawa. Co takiego tkwi w przeszłości Milesa, że on boi się zaangażować i stał się taki wyobcowany?

  Moje wcześniejsze wyobrażenie przedstawiało się tak: akcja na pokładzie samolotu, seksowny i bardzo niegrzeczny pilot, oraz Tate w roli tak jakby uległej. To trochę wina mojej bujnej wyobraźni, która na podstawie piosenki obrała konkretny kierunek wydarzeń, a trochę jest to wina zwiastuna z Nickiem Batemanem, który wkroczył do sieci. Z tego co się orientuję film będzie, jest to potwierdzone info i w sumie chciałabym go zobaczyć, pomimo tego że książka pozostawiła po sobie posmak rozczarowania.

  Zarzut  numer jeden jaki kieruję do "Ugly love" to reklama "pierwszej książki Colleen Hoover dla ludzi 18+". Sceny erotyczne są główną osią książki, ten fakt trąbi do czytelnika z każdej możliwej strony. Tylko, że ja po tylu zachwytach spodziewałam się czegoś naprawdę mocnego. Wiecie- sceny erotyczne mają działać na czytelnika, a podczas ich czytania jedyną emocją jaką potrafiłam z siebie wyrzucić było "o matko, długo jeszcze?" i niejednokrotnie omijałam kilka linijek tekstu. Są po prostu nudne i bardzo obojętnie napisane, chociaż powinny być tą osią książki. A niejednokrotnie mnie nawet śmieszyły.

  Drugi zarzut to wątek romantyczny- jakby nie patrzeć kolejna główna oś książki. Na pierwszy rzut oka wszystko jest super- działamy trochę według schematu, ale w opowieści traktującej o miłości ciężko go ominąć czy zmienić. Jednak to nie jest problem. Przeczytałam dużo powieści "na jedno kopyto", a jednak są takie, które ciągle mnie czymś zachwycają. "Ugly love" nie. Relacja Miles-Tate była tak bardzo męcząca i tak bardzo trudna w odbiorze, że zaczęłam się zastanawiać skąd te wszystkie zachwyty. Ich dialogi były tak kiczowate i mdłe, niczym te wyciągnięte z taniej opery mydlanej. Po raz kolejny- często nie mogłam powstrzymać wybuchu śmiechu albo prychnięcia, kiedy zaczęłam wyobrażać sobie taką rozmowę w realnym życiu. Słodycz wylewająca się z kartek powieści, która miała być dojrzałą, mocną i bardzo sugestywną.

  Jednak nie mogę powiedzieć, że jestem całkowicie zawiedziona. Podobało mi się to, że narracja prowadzona jest z dwóch ( a pod koniec nawet z trzech) punktów widzenia, przez co dokładnie poznajemy uczucia drugiej osoby. Co ciekawe- przeszłość należy do Milesa, a teraźniejszość do Tate. Ponadto książkę czyta się błyskawicznie, nawet pomimo tego że bohaterowie nierzadko drażnią i powodują wybuchy irytacji. Przekonałam się też do okładki, głównie poprzez ten wszechobecny granat- najpiękniejszy kolor świata, chociaż uważam że oryginalna, zagraniczna wersja ma na sobie dość ważny w książce motyw. Karty zostały odkryte- wiem już jakie wydarzenie tak bardzo wpłynęło na Milesa i czytając, akurat tego rozwiązania nie mogłam się doczekać najbardziej. Co prawda prawda dalej tkwi w tej słodkiej otoczce, ale to już wolałabym przemilczeć.

  Reasumując- "Ugly love" dość mocno mnie rozczarowało, dlatego że przez tyle pochlebnych opinii nastawiłam się na coś szałowego. To co dostałam nie jest złe, ale zaliczam książkę  do kategorii przeciętniaków-powieści które fajnie że poznałam, ale nic bym nie straciła gdyby lektura była wciąż przede mną. Jest to już czwarta książka Colleen, którą miałam okazję czytać i już druga która mnie zawiodła, przez co zaczęłam się zastanawiać czy gdybym jeszcze raz przeczytała "Hopeless" i "Pułapkę uczuć" (które niesamowicie mi się podobały) byłabym tak samo zadowolona, a może stałoby się tak, że znienawidziłabym bohaterów? W tej chwili nie jestem już niczego pewna. Mam ochotę na jeszcze jedną książkę autorki, mianowicie "November 9" ( w dalszym ciągu to wina piosenki!!), jednak już po cytatach wnioskuję że będzie to coś w kategorii przeciętniaka. Moja opinia o książkach Hoover gwałtownie się zmieniła. Już nie uważam jej za przełomową autorkę jak robiłam to jeszcze dwa lata temu. Kobieta ma fajny styl pisania, ale jej powieści nie działają na mnie emocjonalnie, a właśnie tego oczekuję po dobrym romansie i po dobrej książce w ogóle. Nie odkrywczej fabuły, ani porywającej akcji, a emocji właśnie. I tego mi tutaj brakowało.




PS Zastanawiacie się może po co ten muzyczny wstęp na początku. Piosenki są ogromną częścią mnie, a piosenki w jakikolwiek sposób połączone z książką, to najlepsze co może mnie spotkać. Zabawne jest jednak to, że kilkanaście dni temu, zaczynając czytać "Ugly love" nie pamiętałam o muzycznym odpowiedniku. W jakiś sposób zapomniałam że ją znam, że łączy się ona z książką Hoover. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo byłam szczęśliwa, kiedy odnalazłam ją na jednej ze starych playlist. Zaczęłam słuchać... i piosenka dalej jest cudowna. Nie wpłynął na nią mój osobisty odbiór książki, traktuję ją tak jakby w żaden sposób nie łączyła się z Tate i Milesem.
Czytaj dalej

Stephanie Garber- "Caraval. Chłopak, który smakował jak północ"


Oryginalny tytuł: Caraval
Rok polskiego wydania: 2017
Wydawnictwo: OMG Books
Seria: Caraval #1
Ocena: 9/10

  Kiedy myślę o książce Stephanie Garber, to przed oczami mam plątaninę ulic, nazwisk i sekretów. Nie jestem w stanie stuprocentowo powiedzieć czym urzekła mnie ta dość niepozorna historia, ale urzekła mnie na pewno. I to tak bardzo, że bez wahania chowam ją do worka z ulubionymi tytułami.

  Scarlett przez całe życie marzyła aby wziąć udział w Caravalu- magicznej grze gwarantującej spełnienie marzenia.Marzeń miała wiele- okazji żadnych. Więc kiedy Mistrz Legenda nareszcie zaprasza ją do udziału, dziewczyna czuje się oszukana. Teraz? Kiedy za parę dni wychodzi za mąż i jest w stanie prowadzić spokojne, ustatkowane życie? Nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, że Tella- siostra Scarlett zostaje uznana za główny element Caravalu- gra ma doprowadzić do jej znalezienia i nikt inny jak starsza siostra, rusza jej na pomoc. Jednak nie można zapomnieć, że jest to tylko gra- tutaj nie wiadomo kto mówi prawdę, a kto kłamie. Wszystkie chwyty dozwolone.

  Muszę przyznać, że ta książka miała naprawdę niezłą reklamę- usłyszałam o niej dobry miesiąc przed premierą i od tamtej pory była moim numer jeden pod względem "chcę przeczytać". Kiedy wygrałam ją w konkursie moja ekscytacja lekko opadła, ale mimo to dość szybko sięgnęłam po tę historię. Moje uwielbienie zaczęło się od okładki. Oryginalna wersja jest śliczna, ale ta nasza bije ją na głowę. Jedyne co bym jej ujęła to ten podtytuł o "chłopaku, który smakował jak północ". Nijak ma się do treści, nie ma żadnej wzmianki o tym smaku północy ;)

  Scarlett polubiłam od razu- ujęła mnie swoim zaangażowaniem i pragnieniem ochrony siostry. Sęk w tym, że często zapominała iż Tella jest niewiele młodsza od niej-to duża dziewczynka i nie potrzebuje ciągłego nadzoru. Jednak sama mam młodsze rodzeństwo i jako ta starsza też się czuję czasem odpowiedzialna i bardziej dorosła niż jestem w rzeczywistości, więc poniekąd tą Scarlett rozumiem.
Sama Tella działała mi za to na nerwy- jej lekkomyślność, bezgraniczna ufność wszystkim i wszystkiemu oraz spontaniczność w tym mniej pochlebnym wydaniu to cechy, które mnie po prostu irytują. Miewała lepsze momenty, pod sam koniec nawet mnie zaintrygowała, ale to jednak nie wymazuje złego pierwszego wrażenia.
Julian to kolejny bohater, który mógłby zostać moim książkowym mężem. Niesforny, często mrukliwy, ale tak bardzo uroczy jak urocze jest jego imię. I to jak zwracał się do Scarlett- jeszcze nie na początku, ale później- takie rzeczy zawsze mi się podobają.

  Cała opowieść jest magiczna, prawda przeplata się z fikcją, bardzo łatwo można się zgubić w domysłach, a kiedy już myślisz, że to rozgryzłaś, dzieje się coś co całkowicie odmienia sytuację. Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło, mimo naprawdę wielu zawiłości i zwrotów akcji, uważam je za mocno interesujące. Bardzo dawno nie czytałam tak wciągającej młodzieżówki, z nienachalnym aczkolwiek ważnym wątkiem romantycznym i tak czarującym światem akcji. Być może moja ocena jest lekko zawyżona, ale biorąc pod uwagę uczucia jakie towarzyszyły mi podczas lektury, to jest to ocena całkowicie zasłużona. Z niecierpliwością oczekuję drugiego tomu i już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć co tam na mnie czeka.
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca- marzec 2017



Takiego comiesięcznego, szczegółowego podsumowania nie pisałam już od dobrych kilku miesięcy- sami wiecie, że porzuciłam je na rzecz tych kwartalnych, które chociaż ciekawe, nie do końca mnie zadowoliły. Jest to typ postów, które wręcz uwielbiam przygotowywać i robienie tego raz na trzy miesiące było po prostu błędem. I choć matura za pasem, napisanie podsumowania nie zajmuje nie wiadomo ile czasu- a nawet jeśli, to jest to dobrze spożytkowany czas.


W marcu udało mi się poznać aż 6 książek. Większość z nich podobała mi się na tyle, że nie straciłam na nie czasu, co bardzo mnie cieszy!

ZDĄŻYĆ PRZED PANEM BOGIEM
Nieco ponad sto stron tekstu i to jeszcze w tematyce wojny i okupacji. Nie za bardzo przepadam za tym okresem historii Polski i historii w ogóle i raczej nie czytam książek tego typu. Jednak powieść Hanny Krall to przede wszystkim powieść o codziennym życiu. W odróżnieniu od opowiadań Borowskiego, które aż naznaczone były cierpieniem, bólem i śmiercią, tutaj czułam raczej taki rytm dość spokojny i mało patetyczny. Nie wiem czy rozumiecie o co dokładnie mi chodzi, może jest to też zasługa sposobu narracji, który chociaż jest totalnie chaotyczny to mi się podobał. Nie jest to moja jakaś ulubiona lektura, ale dość interesująca i nie męczyłam się podczas czytania.

GIRL ONLINE
Przyjemna młodzieżówka, daje kopa do działania, do pisania bloga no i czyta się ekspresowo. Moja opinia----->tutaj

CIEŃ WIATRU
Zdecydowanie najgrubsza książka marca, ale też chyba najlepsza. Długo nie chciałam dać się przekonać do Zafóna, ponieważ jest to bardzo znana pozycja, a mnie zazwyczaj takie zawodzą. Jednak ostatnio coraz chętniej zaglądam właśnie do tej światowej sławy książek i "Cień wiatru" jest już drugą z nich, która mnie zachwyciła. Nie wiem czy napiszę o niej coś obszerniejszego, ponieważ mam wrażenie, że wszyscy powiedzieli na jej temat już wszystko. Dodam jednak, że niesamowicie podoba mi się sam tytuł- cień wiatru. Piękny.

TANGO
Przeczytałam to w godzinkę, może półtorej i moje pierwsze wrażenie brzmiało: "Co to było?". Totalnie nie spodobała mi się książka, no może z wyjątkiem co niektórych dialogów i sytuacji. Dałam jej 3 gwiazdki na 10 i dopiero następnego dnia w szkole, kiedy oglądałam spektakl teatralny dotarło do mnie, że to jednak nie było takie słabe. Książka jest mądra, napisana w naprawdę zabawny sposób i jakby nie patrzeć szybko się ją czyta. Nie zachwycam się nią -tak jak zauważyłam robią to inni- ale spokojnie daję jej połowę skali ocen.

PRAWDODZIEJKA
Na temat tej książki będzie osobna opinia, ale już teraz mogę zdradzić że jestem zakochana w świecie Susan Dennard i z niecierpliwością czekam na tom drugi!

UGLY LOVE
Na temat tej książki również będzie osobny wpis, ale w tym przypadku muszę stwierdzić że jestem odrobinkę zawiedziona tym co stworzyła Hoover. Niestety.


Filmów, tak samo jak książek było 6:

  1. Jack:Pogromca Olbrzymów ( zostałam pozytywnie zaskoczona, bardzo wciągające kino familijne,  odtwórca tytułowej roli ma przepiękne niebieskie oczy <3)
  2. Piraci z Karaibów: Na krańcu świata ( z Piratami mam ten problem, że nigdy nie mogę się połapać co się dzieje w konkretnej części, ani nie umiem ich wymienić w odpowiedniej kolejności. Podobało mi się, aczkolwiek momentami nudziłam się na seansie. Największy minus? Will Turner i to co się z nim stało. Jak tak można?)
  3. Chata (mądry i bardzo wzruszający, przepłakałam połowę filmu co już dawno mi się nie zdarzyło.)
  4. Wygrane marzenia ( od dawna miałam ochotę na ten film i w sumie jestem zadowolona. Trochę humoru jest, trochę muzyki jest, trochę dramatu również. Na babski wieczór całkiem fajny)
  5. Sing ( spodziewałam się czegoś innego po zwiastunie, jednak nie jest tak źle. Momentami mi się dłużyło, oglądałam to na dwa razy, ale dla samej panny Crawly warto było poświęcić te półtorej godziny :D)
  6. La La Land ( chyba największe rozczarowanie miesiąca. Oglądałam wczoraj, ale muszę przyznać że trochę zmarnowałam te dwie godziny. Gdyby nie to, że bardzo chciałam to obejrzeć, wyłączyłabym w połowie. Pierwsze czterdzieści minut jest ciekawe, wciągające, a potem wszystko leci w dół. Zapamiętałam ledwo trzy piosenki, a to i tak tylko dlatego że znałam je wcześniej, innych w ogóle nie kojarzę. Spodobała mi się Stone, uwielbiam Goslinga, ale to już drugi film z nim w roli głównej, który mnie zawiódł.)



Kwiecień to już mój ostatni miesiąc nauki i powoli zaczyna mnie dopadać przygnębienie z rodzaju "to nie może być już koniec". Nagle wszystkie plany zaczynają się realizować: ogniska, imprezy, wyjazdy... a ja myślę, o tym że kończy się najbardziej znana część mojego życia. Nie wiem na ile skupię się na książkach, więc nie mam żadnego TBR. Zapowiedzi wydawniczych też nie śledzę już tak dokładnie jak kiedyś, o wszystkim dowiaduję się z Facebooka i Instagrama. Na pewno chcę przeczytać najnowszą powieść Armentrout "Co przyniesie wieczność", ale wiecie jak to jest u mnie- minie rok, a ja dalej będę chcieć ;) Na blogu pojawią się trzy zaległe opinie: "Caraval", "Prawdodziejka" oraz "Ugly love", a przynajmniej taką mam nadzieję. Co więcej? Naprawdę nie wiem. Mam wiele pomysłów na posty, ale ich realizacją chcę się zająć na spokojnie, po maju, po maturach, po mojej wycieczce do Londynu. A może jest coś, co chętnie byście u mnie ujrzeli? Koniecznie dajcie znać!



Szczerze powiedziawszy ten post sprawił mi niejako trudność- taka przerwa zdecydowanie mi nie posłużyła. Mam też wątpliwości w jakiej formie te podsumowania mają być- szukam zmian i jak na razie mało co mnie zadowala, ale kiedyś znajdę coś odpowiedniego. Z jednej strony nie chcę podawać za dużo statystyk, bo to takie bezosobowe i nie chcę sprowadzać czytelnictwa do wyników. Z drugiej strony- opisywanie całego miesiąca wydaje się być nużące i mało ciekawe. Może mi coś podpowiecie?

Psssst! Koniecznie podajcie mi tytuł jednej książki, która zachwyciła Was w marcu!
Czytaj dalej