[PRZEDPREMIEROWO] Susan Dennard- "Wiatrodziej"

 
Oryginalny tytuł: Windwitch
Rok polskiego wydania: 2017
Wydawnictwo: SQN
Seria: Czaroziemie #2
Ocena: 9/10

Możliwe delikatne spoilery na temat "Wiatrodzieja"- nic arcyważnego, jednak jeśli nie lubicie wiedzieć pewnych rzeczy przed przeczytaniem książki, będzie mi miło jak zaglądniecie tutaj później :)

  Czaroziemie to seria, która szturmem wkroczyła w moje życie i tak nim zawładnęła, że to aż niespotykane. Dość rzadko czytam powieści fantasy, gdzie wymyślone są imiona, świat oraz wydarzenia, ale plusem takiego rozwiązania jest to, że praktycznie każda książka tego rodzaju mnie pochłania na kilka godzin. Bardzo miło jest poznawać nowych autorów, nowe style pisania, nowe kreacje świata, a jeszcze milej jest wtedy, kiedy taka osoba cię zaskakuje i staje się jedną z ulubionych autorek.

  Zakończenie "Prawodziejki" pozostawiło po sobie niedosyt oraz więcej pytań niż odpowiedzi na nie, dlatego z niecierpliwością wyczekiwałam momentu, kiedy dowiem się jak dalej potoczyły się losy Safi, Iseult, Merika i reszty. "Wiatrodziej" to tom skierowany głównie na postać Merika, młodego księcia, który na skutek kilku niefortunnych wydarzeń zostaje uznany za zmarłego. Ale narracja w dalszym ciągu obejmuje nie tylko jego, a kilkoro innych ludzi.  Jeśli dobrze pamiętam jest ich pięcioro, co jak dla mnie jest super sprawą, ponieważ możemy być w kilku miejscach jednocześnie. Wiemy gdzie jest Safi, podczas gdy za chwilę w tym samym czasie dowiadujemy się co porabia Iseult. Przy tak dużej ilości wydarzeń, jest to rozwiązanie naprawdę bardzo wygodne, gdyż spokojnie można nadążyć za i tak dość szybko pędzącą akcją.

  Susan Dennard w drugim tomie wprowadziła kilkoro nowych bohaterów, jednych ważniejszych, innych mniej. Dwie osoby, które poznaliśmy w "Prawdodziejce" kopnął zaszczyt i otrzymały prezent w postaci opowiedzenia własnej historii. Mówię o Aeduanie i Vivii, dwójce moich ulubionych narratorów tej części. O ile uwielbiam duet Safi i Merika, którzy tak samo dobrze funkcjonują oddzielnie, to teraz moja miłość przerzuciła się na Iseult, Aeduana i Vivię. Postać księżniczki odkrywa nowe karty we wcześniej opowiedzianej historii- nie zgadza się z wizją jej brata, za to totalnie podoba się mi. Jej oddanie Nubrevnie, walka o lepszy byt jest zaskakująca. I chociaż używa dość drastycznych i nie zawsze dobrych metod, to Vivia zasłużyła na moje uznanie. Jestem również szalenie ciekawa czy autorka zechce rozwinąć romantyczny związek Vivii i... pewnej osoby, której imienia nie zdradzę, ale niektórzy na pewno wiedzą o kim piszę.

  Gdy skończyłam czytać pierwszy tom, miałam nadzieję że Susan poruszy coś w związku z Aeduanem i Iseult. Zależało mi na romantycznej relacji między tą dwójką, ponieważ uwielbiam motyw narodzin miłości z początkowej nienawiści. Nie mogę powiedzieć, że to moje małe marzenie ziściło się stuprocentowo, ale pod pewnymi względami jak najbardziej. Ta para przez pewien czas podróżuje razem i stopniowo się do siebie zbliża. Nie mogę powiedzieć, że czytelnik widzi tonę chemii między nimi, w tym wypadku to tak nie działa. To jest subtelne i bardzo wątłe (póki co) partnerstwo. Ale nie mogę narzekać, że dostałam tylko tyle. Uważam, że dostałam aż nadto, chociaż Susan nie podążyła w tym kierunku co myślałam. Jestem więcej niż usatysfakcjonowana relacją tej dwójki.

  Chciałabym móc napisać, że ta książka ma same plusy, jest nieskazitelnie czysta, bez wad. Jednak jeszcze nie spotkałam się z takim tytułem, który byłby całkowicie perfekcyjny, W tym wypadku w dalszym ciągu muszę zwrócić uwagę na kreację świata przedstawionego. Wspominałam o tym przy okazji opisywania moich wrażeń po lekturze "Prawdodziejki" i niestety w tej kwestii niewiele się zmieniło. Myślałam, że drugi tom coś tam skoryguje, jednak jeśli już w pierwszym pojawiły się luki, to potem coraz trudniej te luki załatać. Autorka niedokładnie objaśniła nam wymyślony przez nią świat i już wcześniej miałam problem by niektóre rzeczy porządnie ułożyć sobie w głowie. Tutaj poczucie dezorientacji momentami się nasila. Poczytałabym coś na temat tego jak to się dzieje, że niektórzy mają moce, a inni nie. Jak to jest z tą polityką państw, o co kiedyś się pokłócili i co jest drzazgą dzisiaj. Naprawdę brakowało mi pewnych informacji i teraz straciłam już nadzieję, że poznam je kiedykolwiek.

  Jednak pomimo tej wady książka jest naprawdę niesamowita. Cały czas coś się dzieje, bohaterowie są przesympatyczni i naprawdę ciężko ich nie polubić, a wieloosobowa narracja dale poczucie wiedzy o wszystkim. Zdaję sobie sprawę z tego, że kreacja Czaroziem kuleje, ale tak samo jak w pierwszym tomie, to tak samo i tutaj pozwolę sobie powiedzieć, że jasnych elementów jest o wiele więcej niż ciemnych. Jedna rzecz nie może mi zepsuć opinii o całej pracy, jaką włożyła w książkę Susan Dennard.

Za możliwość przedpremierowego przeczytania "Wiatrodzieja" po stokroć dziękuję Wydawnictwu SQN ♥ Premiera tej fantastycznej powieści już 10 maja!



Inne książki Susan Dennard na blogu:

Czytaj dalej

PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ \\ 3



Po raz trzeci już biorę udział w akcji PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ, którą w tym roku organizuje Magda we współpracy z Eweliną. Osobiście uwielbiam wymiany, chociaż staram się ograniczać- co za dużo to niezdrowo ;)
Poniżej widzicie książki, jakie przeznaczam na wymianę, także czekam na Wasze propozycje! 



STAN IDEALNY:
"Nieprzekraczalna granica" ( wymieniona na "Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno" z Kingą)
"Przypadkowe szczęście"
"Ostatni wola Sonji"
"Pośród żółtych płatków róż" ( wymieniona na "Malfetto.Drużyna Róży" z Pauliną
"Życie ma smak"

STAN BARDZO DOBRY:
"Dotyk Julii" (wymieniona na "Wyśnione miejsca" z Kasią)
"W objęciach chłodu" ( seria: Jutro 3)
"Purgatorium"
"Dzikie stwory"
"Czy boisz się ciemności?"
"Krew Illapa"



Akcja trwa od 22 kwietnia do 1 maja, także czasu jest mnóstwo! Liczę na to, że uda mi się wymienić choć jeden tytuł ^^
Czytaj dalej

Susan Dennard- "Prawdodziejka"


Oryginalny tytuł: Truthwitch
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: SQN
Seria: Czaroziemie #1
Ocena: 9/10

  "Prawdodziejka" pod tak wieloma względami mnie zaskoczyła, że aż trudno zebrać mi moje myśli w jedną sensowną i spójną całość. Bardzo rzadko czytam książki fantasy, co jest niedorzeczne gdyż tak bardzo je lubię. Ma to jednak też swoje dobre strony- taki odwyk od gatunku sprawia, że każda nowa opowieść podoba mi się po stokroć bardziej- nie wychwytuję schematów, wszystko jest dla mnie świeże, a przez historię najzwyczajniej w świecie płynę.

  Safi i Iseult to dwie młode dziewczyny, które posiadają pewne moce. Safi jest prawdodziejką, potrafi wyczuć kiedy ktoś kłamie, natomiast Iseult to więziodziejka- widzi jakie uczucia targają spotkanymi przez nią ludźmi. Jednak teraz popadły w tarapaty i muszą uciekać. Po drodze dowiadują się nowych dla nich rzeczy, poznają osoby które potem w jakiś sposób staną się dla nich ważne, oraz przeżywają niesamowite przygody. 

  Susan Dennard pojawiła się tak właściwie znikąd i owinęła mnie sobie wokół palca. Stworzyła pasjonującą lekturę, od której nie mogłam się oderwać. Pokochałam Iseult za to, że była wycofana, spokojna i poważna, a jednak miała odwagę by walczyć o to, na czym jej zależy. Pokochałam Safi za to, że choć pozornie wygląda na osobę kruchą i nieostrożną, to jednak kiedy trzeba, idzie ramię w ramię z Iseult. Pokochałam Merika za to, że był skłonny do poświęceń i odpowiedzialny za swoją ojczyznę. Pokochałam relacje Safi-Iseult oraz Merik-Kullen, za to że pokazywały przyjaźń w tej najlepszej postaci. Chociaż po czasie doszłam do wniosku, że te męska jednak nie dorównywała żeńskiej w żadnym stopniu.

  Podobało mi się to, że Susan Dennard położyła nacisk na akcję. Tutaj praktycznie ciągle coś się dzieje, ktoś ucieka, ktoś goni, ktoś walczy. Osobiście jestem najbardziej zafascynowana czasem, kiedy historia odkrywała się na morzu, na statku. Bardzo rzadko mam okazję spędzać czas właśnie tam i każda pojedyncza książka mnie tym zachwyca. Poza tym humor w tej książce, również niesamowicie mi pasował. Nie było go dużo, ale jak już się pojawił to w tym najlepszym wydaniu. Wprost uwielbiam słowne przekomarzania Safi i Merika!

  Jedyną wadą jaką mogłabym przypisać tej książce jest kreacja świata przedstawionego. A może nawet nie tyle kreacja, co wprowadzenie do niego. Susan opowiada o tym tak, jakbyśmy już od samego początku doskonale wiedzieli jak ten świat wygląda. Rzuca nas na głęboką wodę, nie dając czasu na przyswojenie informacji. Coś tam wspomina o tym jak jest, jak powinno być, jak było, ale tak naprawdę niewiele wyniosłam z tych opowieści. Naprawdę mam problem z tym, aby powiedzieć jak wygląda to życie. Dostaję informacje, ale są one bez takiego ładu i składu, na jaki mogłabym liczyć. Bardzo często narzekam, że właśnie to wprowadzenie do książki zajmuje autorom masę stron, podczas gdy można byłoby to skrócić. Teraz jednak będę uważniej dobierać słowa- zawsze trzeba znaleźć złoty środek, nie za mało nie za dużo.

  "Prawdodziejka"' utwierdza mnie w przekonaniu, że po najciekawsze książki zawsze sięgam przez przypadek. Ta pasowała mi do klubu książkowego i znalazłam ją w bibliotece. Bardzo się cieszę że spróbowałam, ponieważ to otworzyło mi drzwi do magicznego świata Czaroziem- pełnego intryg, niebezpieczeństw i zasadzek. Wydawać by się mogło, że ta jedna wada o której wspominałam, powinna o wiele bardziej zaważyć na mojej ocenie, jednak tak nie jest. Za bardzo spodobali mi się bohaterowie oraz sposób w jaki pisze Susan Dennard, bym mogła ją uznać za decydującą. 

  Chciałabym napisać, że z niecierpliwością oczekuję drugiego tomu, ale w chwili gdy piszę ten post jestem już po lekturze "Wiatrodzieja" i Wy po prostu musicie to przeczytać. Premiera już 10 maja!

Czytaj dalej

Colleen Hoover- "Ugly love"



Oryginalny tytuł: Ugly Love
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 6/10


  Doskonale pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam głos Griffina Petersona. Było to przy okazji premiery "Maybe someday". Już wtedy przesłuchałam całą książkową playlistę, na czele z tytułowym krążkiem. Jednak po przeczytaniu powieści troszkę inaczej zaczęłam odbierać te cudowne piosenki- jedne mi się znudziły, w innych odkryłam potencjał. I zaczęłam szukać. Znalazłam wtedy kolejną piosenkę Petersona, tym razem napisaną specjalnie pod inną książkę Hoover, czyli "Ugly love". Trochę się powstrzymywałam- bałam się, że piosenka za bardzo mi się spodoba i wtedy będę miała zbyt wysokie wymagania do lektury. Po części moje obawy się sprawdziły- "Ugly love" bardzo długo powtarzało się na mojej playliście, polecałam koleżankom i ogólnie byłam zachwycona. Nie nabrałam ogromnych wymagań- miało się czytać przyjemnie i z być może wzruszającym akcentem na końcu. Jednak na podstawie piosenki nabrałam pewnych określonych wzorców- obmyśliłam sobie jak wszystko mogłoby wyglądać... i tutaj pojawia się moje rozczarowanie.

  Tate jest dwudziestokilkuletnią pielęgniarką, a Miles dwudziestokilkuletnim pilotem. Kiedy ona wprowadza się do mieszkania swojego brata i poznaje tego seksownego sąsiada, jej życie wywraca się do góry nogami. Jednak mężczyzna ma dwie zasady: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Początkowo Tate pasuje taki układ, jednak z biegiem czasu Miles zaczyna ją fascynować na tyle, że kobieta chce złamać te prawa. Co takiego tkwi w przeszłości Milesa, że on boi się zaangażować i stał się taki wyobcowany?

  Moje wcześniejsze wyobrażenie przedstawiało się tak: akcja na pokładzie samolotu, seksowny i bardzo niegrzeczny pilot, oraz Tate w roli tak jakby uległej. To trochę wina mojej bujnej wyobraźni, która na podstawie piosenki obrała konkretny kierunek wydarzeń, a trochę jest to wina zwiastuna z Nickiem Batemanem, który wkroczył do sieci. Z tego co się orientuję film będzie, jest to potwierdzone info i w sumie chciałabym go zobaczyć, pomimo tego że książka pozostawiła po sobie posmak rozczarowania.

  Zarzut  numer jeden jaki kieruję do "Ugly love" to reklama "pierwszej książki Colleen Hoover dla ludzi 18+". Sceny erotyczne są główną osią książki, ten fakt trąbi do czytelnika z każdej możliwej strony. Tylko, że ja po tylu zachwytach spodziewałam się czegoś naprawdę mocnego. Wiecie- sceny erotyczne mają działać na czytelnika, a podczas ich czytania jedyną emocją jaką potrafiłam z siebie wyrzucić było "o matko, długo jeszcze?" i niejednokrotnie omijałam kilka linijek tekstu. Są po prostu nudne i bardzo obojętnie napisane, chociaż powinny być tą osią książki. A niejednokrotnie mnie nawet śmieszyły.

  Drugi zarzut to wątek romantyczny- jakby nie patrzeć kolejna główna oś książki. Na pierwszy rzut oka wszystko jest super- działamy trochę według schematu, ale w opowieści traktującej o miłości ciężko go ominąć czy zmienić. Jednak to nie jest problem. Przeczytałam dużo powieści "na jedno kopyto", a jednak są takie, które ciągle mnie czymś zachwycają. "Ugly love" nie. Relacja Miles-Tate była tak bardzo męcząca i tak bardzo trudna w odbiorze, że zaczęłam się zastanawiać skąd te wszystkie zachwyty. Ich dialogi były tak kiczowate i mdłe, niczym te wyciągnięte z taniej opery mydlanej. Po raz kolejny- często nie mogłam powstrzymać wybuchu śmiechu albo prychnięcia, kiedy zaczęłam wyobrażać sobie taką rozmowę w realnym życiu. Słodycz wylewająca się z kartek powieści, która miała być dojrzałą, mocną i bardzo sugestywną.

  Jednak nie mogę powiedzieć, że jestem całkowicie zawiedziona. Podobało mi się to, że narracja prowadzona jest z dwóch ( a pod koniec nawet z trzech) punktów widzenia, przez co dokładnie poznajemy uczucia drugiej osoby. Co ciekawe- przeszłość należy do Milesa, a teraźniejszość do Tate. Ponadto książkę czyta się błyskawicznie, nawet pomimo tego że bohaterowie nierzadko drażnią i powodują wybuchy irytacji. Przekonałam się też do okładki, głównie poprzez ten wszechobecny granat- najpiękniejszy kolor świata, chociaż uważam że oryginalna, zagraniczna wersja ma na sobie dość ważny w książce motyw. Karty zostały odkryte- wiem już jakie wydarzenie tak bardzo wpłynęło na Milesa i czytając, akurat tego rozwiązania nie mogłam się doczekać najbardziej. Co prawda prawda dalej tkwi w tej słodkiej otoczce, ale to już wolałabym przemilczeć.

  Reasumując- "Ugly love" dość mocno mnie rozczarowało, dlatego że przez tyle pochlebnych opinii nastawiłam się na coś szałowego. To co dostałam nie jest złe, ale zaliczam książkę  do kategorii przeciętniaków-powieści które fajnie że poznałam, ale nic bym nie straciła gdyby lektura była wciąż przede mną. Jest to już czwarta książka Colleen, którą miałam okazję czytać i już druga która mnie zawiodła, przez co zaczęłam się zastanawiać czy gdybym jeszcze raz przeczytała "Hopeless" i "Pułapkę uczuć" (które niesamowicie mi się podobały) byłabym tak samo zadowolona, a może stałoby się tak, że znienawidziłabym bohaterów? W tej chwili nie jestem już niczego pewna. Mam ochotę na jeszcze jedną książkę autorki, mianowicie "November 9" ( w dalszym ciągu to wina piosenki!!), jednak już po cytatach wnioskuję że będzie to coś w kategorii przeciętniaka. Moja opinia o książkach Hoover gwałtownie się zmieniła. Już nie uważam jej za przełomową autorkę jak robiłam to jeszcze dwa lata temu. Kobieta ma fajny styl pisania, ale jej powieści nie działają na mnie emocjonalnie, a właśnie tego oczekuję po dobrym romansie i po dobrej książce w ogóle. Nie odkrywczej fabuły, ani porywającej akcji, a emocji właśnie. I tego mi tutaj brakowało.




PS Zastanawiacie się może po co ten muzyczny wstęp na początku. Piosenki są ogromną częścią mnie, a piosenki w jakikolwiek sposób połączone z książką, to najlepsze co może mnie spotkać. Zabawne jest jednak to, że kilkanaście dni temu, zaczynając czytać "Ugly love" nie pamiętałam o muzycznym odpowiedniku. W jakiś sposób zapomniałam że ją znam, że łączy się ona z książką Hoover. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo byłam szczęśliwa, kiedy odnalazłam ją na jednej ze starych playlist. Zaczęłam słuchać... i piosenka dalej jest cudowna. Nie wpłynął na nią mój osobisty odbiór książki, traktuję ją tak jakby w żaden sposób nie łączyła się z Tate i Milesem.
Czytaj dalej

Stephanie Garber- "Caraval. Chłopak, który smakował jak północ"


Oryginalny tytuł: Caraval
Rok polskiego wydania: 2017
Wydawnictwo: OMG Books
Seria: Caraval #1
Ocena: 9/10

  Kiedy myślę o książce Stephanie Garber, to przed oczami mam plątaninę ulic, nazwisk i sekretów. Nie jestem w stanie stuprocentowo powiedzieć czym urzekła mnie ta dość niepozorna historia, ale urzekła mnie na pewno. I to tak bardzo, że bez wahania chowam ją do worka z ulubionymi tytułami.

  Scarlett przez całe życie marzyła aby wziąć udział w Caravalu- magicznej grze gwarantującej spełnienie marzenia.Marzeń miała wiele- okazji żadnych. Więc kiedy Mistrz Legenda nareszcie zaprasza ją do udziału, dziewczyna czuje się oszukana. Teraz? Kiedy za parę dni wychodzi za mąż i jest w stanie prowadzić spokojne, ustatkowane życie? Nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, że Tella- siostra Scarlett zostaje uznana za główny element Caravalu- gra ma doprowadzić do jej znalezienia i nikt inny jak starsza siostra, rusza jej na pomoc. Jednak nie można zapomnieć, że jest to tylko gra- tutaj nie wiadomo kto mówi prawdę, a kto kłamie. Wszystkie chwyty dozwolone.

  Muszę przyznać, że ta książka miała naprawdę niezłą reklamę- usłyszałam o niej dobry miesiąc przed premierą i od tamtej pory była moim numer jeden pod względem "chcę przeczytać". Kiedy wygrałam ją w konkursie moja ekscytacja lekko opadła, ale mimo to dość szybko sięgnęłam po tę historię. Moje uwielbienie zaczęło się od okładki. Oryginalna wersja jest śliczna, ale ta nasza bije ją na głowę. Jedyne co bym jej ujęła to ten podtytuł o "chłopaku, który smakował jak północ". Nijak ma się do treści, nie ma żadnej wzmianki o tym smaku północy ;)

  Scarlett polubiłam od razu- ujęła mnie swoim zaangażowaniem i pragnieniem ochrony siostry. Sęk w tym, że często zapominała iż Tella jest niewiele młodsza od niej-to duża dziewczynka i nie potrzebuje ciągłego nadzoru. Jednak sama mam młodsze rodzeństwo i jako ta starsza też się czuję czasem odpowiedzialna i bardziej dorosła niż jestem w rzeczywistości, więc poniekąd tą Scarlett rozumiem.
Sama Tella działała mi za to na nerwy- jej lekkomyślność, bezgraniczna ufność wszystkim i wszystkiemu oraz spontaniczność w tym mniej pochlebnym wydaniu to cechy, które mnie po prostu irytują. Miewała lepsze momenty, pod sam koniec nawet mnie zaintrygowała, ale to jednak nie wymazuje złego pierwszego wrażenia.
Julian to kolejny bohater, który mógłby zostać moim książkowym mężem. Niesforny, często mrukliwy, ale tak bardzo uroczy jak urocze jest jego imię. I to jak zwracał się do Scarlett- jeszcze nie na początku, ale później- takie rzeczy zawsze mi się podobają.

  Cała opowieść jest magiczna, prawda przeplata się z fikcją, bardzo łatwo można się zgubić w domysłach, a kiedy już myślisz, że to rozgryzłaś, dzieje się coś co całkowicie odmienia sytuację. Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło, mimo naprawdę wielu zawiłości i zwrotów akcji, uważam je za mocno interesujące. Bardzo dawno nie czytałam tak wciągającej młodzieżówki, z nienachalnym aczkolwiek ważnym wątkiem romantycznym i tak czarującym światem akcji. Być może moja ocena jest lekko zawyżona, ale biorąc pod uwagę uczucia jakie towarzyszyły mi podczas lektury, to jest to ocena całkowicie zasłużona. Z niecierpliwością oczekuję drugiego tomu i już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć co tam na mnie czeka.
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca- marzec 2017



Takiego comiesięcznego, szczegółowego podsumowania nie pisałam już od dobrych kilku miesięcy- sami wiecie, że porzuciłam je na rzecz tych kwartalnych, które chociaż ciekawe, nie do końca mnie zadowoliły. Jest to typ postów, które wręcz uwielbiam przygotowywać i robienie tego raz na trzy miesiące było po prostu błędem. I choć matura za pasem, napisanie podsumowania nie zajmuje nie wiadomo ile czasu- a nawet jeśli, to jest to dobrze spożytkowany czas.


W marcu udało mi się poznać aż 6 książek. Większość z nich podobała mi się na tyle, że nie straciłam na nie czasu, co bardzo mnie cieszy!

ZDĄŻYĆ PRZED PANEM BOGIEM
Nieco ponad sto stron tekstu i to jeszcze w tematyce wojny i okupacji. Nie za bardzo przepadam za tym okresem historii Polski i historii w ogóle i raczej nie czytam książek tego typu. Jednak powieść Hanny Krall to przede wszystkim powieść o codziennym życiu. W odróżnieniu od opowiadań Borowskiego, które aż naznaczone były cierpieniem, bólem i śmiercią, tutaj czułam raczej taki rytm dość spokojny i mało patetyczny. Nie wiem czy rozumiecie o co dokładnie mi chodzi, może jest to też zasługa sposobu narracji, który chociaż jest totalnie chaotyczny to mi się podobał. Nie jest to moja jakaś ulubiona lektura, ale dość interesująca i nie męczyłam się podczas czytania.

GIRL ONLINE
Przyjemna młodzieżówka, daje kopa do działania, do pisania bloga no i czyta się ekspresowo. Moja opinia----->tutaj

CIEŃ WIATRU
Zdecydowanie najgrubsza książka marca, ale też chyba najlepsza. Długo nie chciałam dać się przekonać do Zafóna, ponieważ jest to bardzo znana pozycja, a mnie zazwyczaj takie zawodzą. Jednak ostatnio coraz chętniej zaglądam właśnie do tej światowej sławy książek i "Cień wiatru" jest już drugą z nich, która mnie zachwyciła. Nie wiem czy napiszę o niej coś obszerniejszego, ponieważ mam wrażenie, że wszyscy powiedzieli na jej temat już wszystko. Dodam jednak, że niesamowicie podoba mi się sam tytuł- cień wiatru. Piękny.

TANGO
Przeczytałam to w godzinkę, może półtorej i moje pierwsze wrażenie brzmiało: "Co to było?". Totalnie nie spodobała mi się książka, no może z wyjątkiem co niektórych dialogów i sytuacji. Dałam jej 3 gwiazdki na 10 i dopiero następnego dnia w szkole, kiedy oglądałam spektakl teatralny dotarło do mnie, że to jednak nie było takie słabe. Książka jest mądra, napisana w naprawdę zabawny sposób i jakby nie patrzeć szybko się ją czyta. Nie zachwycam się nią -tak jak zauważyłam robią to inni- ale spokojnie daję jej połowę skali ocen.

PRAWDODZIEJKA
Na temat tej książki będzie osobna opinia, ale już teraz mogę zdradzić że jestem zakochana w świecie Susan Dennard i z niecierpliwością czekam na tom drugi!

UGLY LOVE
Na temat tej książki również będzie osobny wpis, ale w tym przypadku muszę stwierdzić że jestem odrobinkę zawiedziona tym co stworzyła Hoover. Niestety.


Filmów, tak samo jak książek było 6:

  1. Jack:Pogromca Olbrzymów ( zostałam pozytywnie zaskoczona, bardzo wciągające kino familijne,  odtwórca tytułowej roli ma przepiękne niebieskie oczy <3)
  2. Piraci z Karaibów: Na krańcu świata ( z Piratami mam ten problem, że nigdy nie mogę się połapać co się dzieje w konkretnej części, ani nie umiem ich wymienić w odpowiedniej kolejności. Podobało mi się, aczkolwiek momentami nudziłam się na seansie. Największy minus? Will Turner i to co się z nim stało. Jak tak można?)
  3. Chata (mądry i bardzo wzruszający, przepłakałam połowę filmu co już dawno mi się nie zdarzyło.)
  4. Wygrane marzenia ( od dawna miałam ochotę na ten film i w sumie jestem zadowolona. Trochę humoru jest, trochę muzyki jest, trochę dramatu również. Na babski wieczór całkiem fajny)
  5. Sing ( spodziewałam się czegoś innego po zwiastunie, jednak nie jest tak źle. Momentami mi się dłużyło, oglądałam to na dwa razy, ale dla samej panny Crawly warto było poświęcić te półtorej godziny :D)
  6. La La Land ( chyba największe rozczarowanie miesiąca. Oglądałam wczoraj, ale muszę przyznać że trochę zmarnowałam te dwie godziny. Gdyby nie to, że bardzo chciałam to obejrzeć, wyłączyłabym w połowie. Pierwsze czterdzieści minut jest ciekawe, wciągające, a potem wszystko leci w dół. Zapamiętałam ledwo trzy piosenki, a to i tak tylko dlatego że znałam je wcześniej, innych w ogóle nie kojarzę. Spodobała mi się Stone, uwielbiam Goslinga, ale to już drugi film z nim w roli głównej, który mnie zawiódł.)



Kwiecień to już mój ostatni miesiąc nauki i powoli zaczyna mnie dopadać przygnębienie z rodzaju "to nie może być już koniec". Nagle wszystkie plany zaczynają się realizować: ogniska, imprezy, wyjazdy... a ja myślę, o tym że kończy się najbardziej znana część mojego życia. Nie wiem na ile skupię się na książkach, więc nie mam żadnego TBR. Zapowiedzi wydawniczych też nie śledzę już tak dokładnie jak kiedyś, o wszystkim dowiaduję się z Facebooka i Instagrama. Na pewno chcę przeczytać najnowszą powieść Armentrout "Co przyniesie wieczność", ale wiecie jak to jest u mnie- minie rok, a ja dalej będę chcieć ;) Na blogu pojawią się trzy zaległe opinie: "Caraval", "Prawdodziejka" oraz "Ugly love", a przynajmniej taką mam nadzieję. Co więcej? Naprawdę nie wiem. Mam wiele pomysłów na posty, ale ich realizacją chcę się zająć na spokojnie, po maju, po maturach, po mojej wycieczce do Londynu. A może jest coś, co chętnie byście u mnie ujrzeli? Koniecznie dajcie znać!



Szczerze powiedziawszy ten post sprawił mi niejako trudność- taka przerwa zdecydowanie mi nie posłużyła. Mam też wątpliwości w jakiej formie te podsumowania mają być- szukam zmian i jak na razie mało co mnie zadowala, ale kiedyś znajdę coś odpowiedniego. Z jednej strony nie chcę podawać za dużo statystyk, bo to takie bezosobowe i nie chcę sprowadzać czytelnictwa do wyników. Z drugiej strony- opisywanie całego miesiąca wydaje się być nużące i mało ciekawe. Może mi coś podpowiecie?

Psssst! Koniecznie podajcie mi tytuł jednej książki, która zachwyciła Was w marcu!
Czytaj dalej

Dan Brown- "Kod Leonarda da Vinci"


Oryginalny tytuł: The Da Vinci Code
Rok polskiego wydania: 2004
Wydawnictwo: Albatros
Seria: Robert Langdon
Ocena: 9/10

  Z popularnymi tytułami zawsze jest taki problem, że na ich temat wszyscy powiedzieli już wszystko. Ja nie lubię poznawać nowości od razu po premierze, ani za bardzo czytać czegoś na co aktualnie jest moda. Co więcej- "Kod Leonarda da Vinci" nigdy nie był na mojej czytelniczej liście "do poznania". Pojawił się tam za sprawą pewnego wyzwania i  rekomendacji jednej z blogerek, a że bardzo łatwo się czymś ekscytuję, to po prostu MUSIAŁAM wiedzieć o co tyle szumu. Kiedy już miałam w swoich rękach ten egzemplarz dotarły do mnie pewne wiadomości, które ostudziły mój zapał i byłam już bardzo bliska tego, aby zwrócić książkę tam skąd ją wzięłam. Jednak dałam jej szansę... i to była najlepsza decyzja jaką mogłam w tej sprawie podjąć.

  Fabuła jest raczej prosta- wszystko kręci się wokół zabójstwa jednego z kustoszy Luwru. Robert Langdon- wykładowca uniwersytecki, specjalizujący się w symbolach dołącza do ekipy poszukującej sprawcę, jednak w międzyczasie coś idzie nie tak. Od tej pory ma 24 godziny na rozwikłanie zagadki, która ma o wiele starsze korzenie i bogatszą historię niż ktokolwiek mógłby podejrzewać.

  Nie jest to książka, która trafi do każdego. Akurat w tym przypadku ludzie dzielą się na dwa obozy: kocham i nienawidzę. Nie sądzę, by istniało coś pośrodku, chociaż zawsze to ja stawałam się tym środkiem, więc może teraz ktoś taki też jest. W tej chwili nie przyjmuję jednak postawy ambiwalentnej. Zakochałam się w piórze Dana Browna i zdecydowanie przeczytam wszystko, co ten autor napisze. Przez "Kod Leonarda da Vinci" się płynie, przekręca kartki z zawrotną prędkością, dopóki nie dotrze się do końca. A wtedy pozostaje na chwilę się zatrzymać i zastanowić co my właśnie przeczytaliśmy. Wątek romantyczny jest, ale tak naprawdę go nie ma. Langdonowi patronuje Sophie Neveu, wnuczka zmarłego kustosza i dużym przegięciem byłoby nazwanie ich relacji romansem, jednak partnerstwo to dobre słowo. Czytelnik o wiele bardziej skupia się na wartkiej akcji, żeby jeszcze miał czas zaprzątać sobie głowę jakimś romansem.

  "Kod Leonarda da Vinci" jest jednym wielkim zaskoczeniem tego roku, a mamy dopiero marzec. Porusza się wokół tematyki religijnej, jednak jest to sprawa każdego z osobna czy poczuje się urażony czy nie, jeśli chodzi o podjęty wątek. Dan Brown szokuje i jego powieść jest niekiedy kontrowersyjna, ale właśnie to mi się w niej podoba. Ma pazur, a na dodatek jest wyśmienicie napisana. Ja serdecznie zapraszam Was do poznania tej książki- być może będziecie oczarowani tak samo jak i ja?

  Pytanie dla wtajemniczonych: w jakiej kolejności należałoby poznawać tę serię? Spotkałam się z opiniami, że "Kod Leonarda da Vinci" to pierwszy tom, a inne źródła podają "Anioły i demony" jako początek. Osobiście jestem rozdarta, ponieważ znalazłam jeden szczegół, który wskazuje na to, że zaczęłam źle, ale z kolei filmy zaczęto ekranizować od Kodu. Więc co to ma być?
Czytaj dalej

Wpuszczam wiosnę na mojego bloga, czyli WIOSENNY BOOK TAG

Jest to pierwsza ( i być może jedyna) nominacja, na którą odpowiadam tak szybko, ponieważ dostałam ją co najwyżej godzinę temu. Pomyślałam jednak, że pogoda za oknem w ogóle nie wygląda wiosennie, ja mam chwilkę wolnego czasu, a TAG jest sezonowy i nie będzie czekał wiecznie. Dlatego zapraszam do czytania :)



1. Bocian, czyli książka, do której co roku wracasz.
Bardzo lubię wracać do raz przeczytanych książek, jednak nie mam takiej, którą czytałabym co roku o tej samej porze. Często robię reread książek Janette Rallison- były to jedne z pierwszych tytułów, które pokochałam miłością bezgraniczną i po prostu mam pewien sentyment.

2. Przebiśnieg, czyli pierwsza książka, którą przeczytałaś tej wiosny.
Kalendarzowa wiosna rozpoczęła się dopiero wczoraj i od tego czasu nie skończyłam jeszcze żadnej książki. Jednak od kilku dni czytam "Ugly love" Colleen Hoover i myślę, że to będzie pierwsza przeczytana na wiosnę książka.

3. Marzanna, czyli książka-rozczarowanie, którą z chęcią byś utopiła.
W sumie jest to trochę dziwne ( ale pozytywnie!), lecz w tym roku nie przeczytałam jeszcze książki na tyle tragicznej, że chciałabym o niej zapomnieć. Na pewno specjalnie nie utopiłabym żadnej powieści ( choćby ze względów finansowych), ale jak dotąd jest jeden taki tytuł, który niebezpiecznie zbliżył się do tego, aby uzyskać ten wątpliwy zaszczyt, mianowicie "Dzikie stwory". Aż mi szkoda, że wymieniam je w tak radosnym tagu.

4. Motyl, czyli nowo odkryty autor, którego pokochałaś.
Carlos Ruiz Zafón. To nowy autor mojego życia, jeśli jeszcze jakimś cudem nie znacie tego nazwiska, to nadróbcie to. Nie będę pisać że jak najprędzej, ponieważ wychodzę z założenia, że na każdą książkę przypada w życiu właściwy czas i nie ma sensu poznawać lektur jak najszybciej, po to by mieć je już za sobą.

5. Krokus, czyli piękna i wyjątkowa książka
"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń" to swego rodzaju świadectwo osoby, która urodziła się bez kończyn. Czytałam to ponad dwa lata temu, a do tej pory momentami odczuwam jej skutki. Piękna, szczera i bardzo motywująca!

6. Zawilec, czyli książka, którą spotykasz wszędzie.
Ostatnio wszędzie widzę "Zakazane życzenie". To pewnie zasługa ( albo wina) promocji, aczkolwiek ja w takich momentach zawsze stoję gdzieś z boku i czekam, aż przejdzie ta fala zachwytów. Nie lubię takiej nagonki na konkretny tytuł, co jednak nie oznacza że po książkę Pani Khoury nie sięgnę.

7. Cudowne skowronki, czyli osoby, które nominuję do wykonania tagu!
Dzielę się wiosenną aurą ze wszystkimi moimi czytelnikami! Szczególna jaskółka leci do Lexiss oraz Gosi :)


Czytaj dalej

Zoe Sugg- "Girl Online"


Oryginalny tytuł: Girl Online
Rok polskiego wydania: 2015
Wydawnictwo: Insignis
Seria: Girl Online #1
Ocena: 8/10

  Penny jest blogerką. W sieci można ją znaleźć pod nickiem Girl Online, gdzie publikuje szczere rozmyślania na temat własnego życia. Dziewczyna jest również chodzącą katastrofą. Zawsze zrobi coś nie tak, wywoła złe wrażenie, potknie się, powie coś nieodpowiedniego. Niektórzy uważają to za zabawne, dla niej samej jest to udręka. Po kolejnej takiej akcji, która teraz ma o wiele głośniejsze skutki, Penny decyduje się pojechać z rodziną na święta do Nowego Jorku. Tam poznaje Noah- czarującego chłopaka, który staje się jej bratnią duszą. Jednak na ich przeszkodzie stoi ocean oraz pewna tajemnica, która gdy wyjdzie na jaw, może zniszczyć ich relację.

  Zwróciłam uwagę na "Girl Online" nie tylko dlatego, że swego czasu było o tej książce głośno, ale również dlatego że główną bohaterką została blogerka. Zwyczajna dziewczyna, taka jak ja, która ma swojego bloga. Jednak szum lekko opadł, a moja ekscytacja nikła miesiąc po miesiącu. Kiedy ją na chwilę odzyskałam, pożyczyłam egzemplarz od przyjaciółki... który z kolei poczekał kolejne kilka tygodni na mojej półce, aż się za niego zabrałam. Moja motywacja do czytania zmieniała się i zmieniała, ale koniec końców bardzo się cieszę, że poznałam Penny i Noah.

  To co mnie zaskoczyło to przede wszystkim prędkość z jaką czyta się ten tytuł. Strona po stronie, przekręcasz i przekręcasz, jeden rozdział, drugi, szesnasty, aż w końcu tracisz rachubę i zauważasz, że to już koniec. Wciągnęłam się w opowiadaną historię i bardzo ciężko było mi się oderwać. Jest to ten typ książki, przy którym wyłączasz myślenie i pozwalasz sobie po prostu odpłynąć- nie analizujesz, nie wracasz kilka linijek wyżej bo coś jest niezrozumiałe- po prostu latasz oczami po kartce i nadążasz z akcją.

  Bardzo polubiłam główną bohaterkę Penny- chociaż na początku miałam co do niej wątpliwości. Zahukana, nieśmiała nastolatka, która musi prosić rodziców o zgodę na wyjście. Trochę zapomniałam, że jestem już dorosła i problemy Penny nie do końca były moimi obecnymi problemami. Ja radzę sobie sama i nie muszę pytać rodziców o to, czy mogę pójść się zobaczyć z koleżanką. Jednak potem dotarło do mnie o jak wiele proszę i przestałam zauważać błędy młodej dziewczyny. Każdy miał kiedyś te "piętnaście, prawie szesnaście" lat i wiem, że ten okres rządzi się swoimi prawami- Penny i tak wygląda mi na całkiem dojrzałą babkę. Tym bardziej, że w niektórych sytuacjach przypominała mi mnie samą- nieodpowiedni dobór słów do sytuacji- to główny powód.

  Bardzo podoba mi się też to, jak w książce zostały przedstawione takie wartości jak przyjaźń, miłość, rodzina. To jak wszyscy się wspierają, pomagają sobie, jedzą wspólne śniadania- to taki sielankowy, filmowy obraz rodziny. W prawdziwym życiu czasami jest z tym ciężko, co tylko jeszcze bardziej podkreśla fakt jak przedstawia to Zoe Sugg.

  "Girl Online" jest napisana przez młodą osobę, dla osób jeszcze młodszych. Odnajdą się w niej nastolatki, być może płeć męska również, ale tak samo może się spodobać tej starszej grupie wiekowej. Jest momentami naiwnie, za bardzo bajkowo i sielankowo, ale właśnie tego należy się spodziewać po tej powieści. Jasne- niesie ze sobą jakąś wartość- jak internet jest w stanie uczynić z człowieka niewolnika, jakie są skutki uboczne bycia blogerem i jaka wiąże się z tym niekiedy odpowiedzialność.  Poza tym jest też mega pozytywna i daje dużą dawkę motywacji do działania.Ale mimo wszystko jest to książka lekka, przyjemna, bez ogromnych zwrotów akcji i właśnie tego należy od niej oczekiwać.


Czytaj dalej

Lisa De Jong- "Kiedy pada deszcz"

 
Oryginalny tytuł: When It Rains
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Filia
Seria: Rain #1
Ocena: 7/10


   NA, romanse, powieści obyczajowe- to jedne z pierwszych gatunków jakie poznawałam w moim czytelniczym życiu i zawsze, ale to zawsze będę je lubić. Nic nie poradzę na to, że lubię czytać o miłości- czy to o tej nastoletniej czy tej bardziej dojrzałej. I niby schematy się powtarzają, ale każdy autor pisze inaczej, na pewne sytuacje ma inne spojrzenie, często doda coś od siebie.  Nie byłabym jednak w stanie czytać tych gatunków cały czas, książka po książce, bez żadnej przerwy. Zawsze tak jest- jak za często mam styczność z czymkolwiek, to zaraz staję się znudzona. Od kilku tygodni mój TBR jest bardziej... ambitniejszy mogłabym rzec. Mam ochotę na więcej klasyki, coś niekoniecznie z bestsellerowych półek, jednak dla odprężenia udało mi się sięgnąć po "Kiedy pada deszcz", jak dla mnie stosunkowo nową książkę z półki "New Adult". Jak bardzo i czy w ogóle mi się podobała?

  Kate jest zwyczajną dziewczyną z niezwyczajną przeszłością. Po pewnym wydarzeniu odcięła się od mamy, najlepszego przyjaciela i całej paczki znajomych. Teraz pozostała jej tylko nauka, praca... i samotność, ponieważ Beau, jej sąsiad i bratnia dusza, wyjeżdża na studia. W tym momencie jednak do miasta wprowadza się tajemniczy nieznajomy, który już od pierwszego zamówienia ( tak, Kate jest kelnerką) zawraca w głowie naszej bohaterce.

  "Kiedy pada deszcz" to książka przedziwna. Mój stosunek do niej ciągle się zmienia i potrzebowałam naprawdę dużo czasu, aby określić jakie emocje ona we mnie wywołała. Bo jakieś wywołała na pewno, tylko nie są one do końca pozytywne.

  Kate jako bohaterka niesamowicie mnie irytowała. Trudno mi jednoznacznie określić czy ją rozumiem czy nie. Być może po wiadomym incydencie postąpiłabym tak samo jak ona, zamykając się w klatce swojej samotności, nie dopuszczając do siebie nikogo i niczego. Być może zaufałabym nowo poznanej osobie i opowiedziała jej całą historię, wiedząc że łatwiej jest gdy ktoś nas totalnie nie zna. Ale na litość boską, nie sądzę bym obwiniała siebie za całe zło tego świata i paskudną sytuację z przeszłości ( nie chcę ujawniać tej tajemnicy przed osobami, które chcą poznać tę historię, a jeszcze tego nie zrobiły). Nie rozumiem i nawet nie chcę zrozumieć tej dziewczyny.

  Wątek romantyczny to kolejna rzecz, która mi tutaj nie zagrała. Ja nie wiem, czy faktycznie już tak długo nie czytałam NA, że się odzwyczaiłam, czy może to autorzy po prostu nie potrafią opisać jakiegokolwiek uczucia? Wszystko brzmiało mi tutaj albo całkowicie płytko, albo tak patetycznie, że momentami nie wiedziałam: śmiać się czy płakać. I najlepsze jest to, że wszystko wychodziło z ust Kate, nigdy od Ashera czy Beau. Bo każdy z nich jest wspaniały na swój sposób, chociaż to ten pierwszy jest bliższy memu sercu, głównie poprzez muzykę.

  Solą w oku jest dla mnie również promocja tej książki. Nie zrozumcie mnie źle- uwielbiam Wydawnictwo Filia, jak dla mnie wydają oni perełki z cudownymi okładkami, jednak tym razem nieco się przejechałam. Opis z tyłu okładki, czyli również oficjalny blurb już na samym początku sugeruje nam co może się wydarzyć. Jako osoba, która niejedno już przeczytała, potrafię odgadnąć o co będzie chodziło tym razem. Gdzie w obecnym wydawniczym świecie zatraciliśmy uczucie zaskoczenia czytelnika? Uwierzcie mi- lepiej by się poznawało tę opowieść, bez ( jak dla mnie) gigantycznego spoilera na okładce. Przekręcałoby się kartkę za kartką, nie podejrzewając nawet co może się wydarzyć. I ja rozumiem, że jest to swego rodzaju zachęca, ale ona jednocześnie punktem ujemnym dla Wydawcy czy autora. Lepiej nie czytajcie opisu, jeśli chcecie poznać tę historię.

  To nie jest tak, że wypisałam same minusy książki i ostro ją krytykuję. W zasadzie, gdyby tak wyciąć Kate, to ten tytuł byłby naprawdę dobry. "Kiedy pada deszcz" czyta się bardzo szybko, jednak dla mnie nie jest to opowieść w żadnym stopniu emocjonalna czy wciskająca w fotel. Momentami miałam nawet uczucie, że powinnam się rozpłakać czy chociażby wzruszyć, jednak tego nie było. Muszę jednak przyznać autorce wielkiego plusa za dodanie tutaj muzyki, a w szczególności jednej cudownej piosenki, którą wstawiam Wam poniżej. Do "Kiedy pada deszcz" podchodzę neutralnie, przeczytałam wiele cudownych powieści o podobnym motywie, które przewyższają książkę Lisy de Jong o głowę, jednak nie jest to też książka tragiczna, zasługująca na spalenie czy cokolwiek innego. Może mam po prostu wybredny gust, a może nie trafia do mnie półka bestsellerów.

To nie jest oryginalna wersja, ale bardziej trafiła mi do serca <3

Czytaj dalej

MÓJ BLOG, KSIĄŻKI I PRZERAŻAJĄCE BAJKI | LBA


Wieki, bo wieki temu Kitty nominowała mnie do LBA, czyli jak widzicie- dzisiaj pora na pytania i odpowiedzi. Trochę to śmieszne, ale post od dawna miałam napisany... tylko jakoś tak po prostu o nim zapomniałam :)


Lubisz brać udział w akcjach blogowych typu Book Toury, maratony etc.?
Bardzo! Uwielbiam też wszelkiego rodzaju wyprzedaże książkowe i wymianki, chociaż na tym wszystkim często cierpi mój portfel, bo Poczta Polska jest jednak droga ;)

Jesteś sławna, podziwiana, znana. Wydawnictwo prosi cię, abyś wydała książkę o sobie. Wolisz napisać autobiografię czy wynająć kogoś, kto napisze dla ciebie twoją biografię?
Zastosowałabym opcję fifty- fifty. Poprosiłabym kilkoro moich znajomych i rodzinę o napisanie czegoś o mnie, potem zrobiłby to ktoś z zewnątrz, a na końcu oceniłabym to wszystko ja i dodałabym coś od siebie. Jeśli byłaby to książka o mnie to nie mogłoby w niej zabraknąć również książek, muzyki, filmów i w ogóle polecajek. To mogłoby być całkiem fajne ;)



Jak często robisz make up?
Zawsze kiedy idę do szkoły mam na sobie podkład i pomadkę, często jeszcze tusz do rzęs albo kredkę do oczu. Na większe wyjścia dodaję cienie do powiek i szminkę.

Jaką bronią wolałabyś walczyć: mieczem, pistoletem, sztyletem, łukiem, halabardą, laserem, nunczaku w pojedynku 1:1?
Och tak. Ja i walki. Wydaje mi się, że z łukiem wyglądałabym najmniej śmiesznie.

Jak określiłabyś swój charakter?
TRUDNY. Przede wszystkim trudny. Ludzie mówią, że jestem bezkonfliktowa i raczej nieśmiała i w sumie mają po części rację, bo jest to jedna ze stron mojej natury. Ale jestem też niesamowicie uparta i niecierpliwa. Niekiedy jestem wulkanem energii, a niekiedy oazą spokoju. Rzadko daję po sobie poznać, że ktoś mnie czymś uraził. W tych najgorszych momentach, samej ze sobą jest mi niezmiernie trudno wytrzymać, ale mimo wszystko nie oddałabym mojego charakteru za nic w świecie.



Jaki motyw w książkach lubisz najbardziej?
Motyw rozwiązywania zagadki, najczęściej między Panem i Panią, między którymi POWOLI rodzi się uczucie.

A jaki motyw lubisz najmniej?
TRÓJKĄTY MIŁOSNE! To nie tak, że unikam książek z tym wątkiem jak ognia, ale staram się je raczej ograniczać. W realnym życiu tak nie ma. Ciężko spotkać jednego zainteresowanego, a co dopiero dwóch w tym samym czasie.

Picie gazowane czy bez CO2?
Niegazowane. Ogólnie gazowane napoje piję wtedy kiedy naprawdę mam ochotę, a to zdarza się rzadko. Nawet Pepsi piję lekko wygazowane.





Czy zdarzyła ci się w książce taka śmierć, że nie mogłaś się po niej pozbierać?
Tak było kilka takich przypadków, ale nie będę sypać tytułami, żeby komuś nie zrobić spoilera :)

Uznajesz blog za swój obowiązek czy hobby? Chodzi mi o to czy przejmujesz się, jeśli np. tydzień nie dodajesz postów czy stwierdzasz, że przecież nie ma sensu tego robić na siłę?
12 miesięcy wstecz powiedziałabym, że posty mają być co dwa dni i nie ma że ciężko. Jednak rok 2016 był dla mnie ważny i przyniósł wiele zmian, w tym także moje osobiste podejście do bloga. Lubię jak moje posty są dopracowane i jestem w nich zadowolona w co najmniej w 90%. Dojrzałam do tego by pisać i publikować wtedy kiedy mam czas, ochotę i wenę, a blog ma być przede wszystkim dla mnie. Czytelnicy są bardzo ważni, ale co mi po nich, jeśli ja sama nie będę usatysfakcjonowana z mojej pracy? Najbliższe miesiące mają być dla mnie bardzo ważne i intensywne, nie chcę tego zniszczyć podejściem "blog ma być na pierwszym miejscu". Zresztą sami widzicie jak drastycznie zmniejszyłam ilość postów. Ale czuję się z tym jakoś dziwnie lekko. Nie czuję presji, a raczej spełnienie i fajnie by było, gdybym nie była osamotniona w takim myśleniu ;)



Czy w dzieciństwie bałaś się jakiejś postaci z kreskówki?
W dzieciństwie zawsze przerażała mnie jedna bajka. Znacie może Dzielny mały toster ? W sumie to nie wiem co tam było takiego strasznego- ot parę urządzeń domowych i ich misja, ale ostatnio natknęłam się na ten plakat i autentycznie zaczęłam się bać. Nie włączajcie swoim dzieciom. Nigdy.
Trochę bałam się też Dumbo- dość stara bajka i nie wiem jakie podejście miałabym do niej teraz, ale kilkanaście lat wstecz, oglądałam to przez palce :D


PS Tradycją chyba stanie się to, że do LBA wrzucam piosenki- koniecznie dajcie znać czy znacie i co o nich sądzicie ^^

Czytaj dalej

Podsumowanie zimy 2016/2017

Kiedy podjęłam decyzję o pisaniu podsumowań kwartalnych i opublikowałam pierwsze z nich ( można zajrzeć----> tutaj), wiele z Was twierdziło, że spokojnie mogłabym pisać je co miesiąc, bo materiału nazbierałam od groma. Trochę muszę przyznać Wam rację, bo dopóki nie zobaczyłam tego w całości nie spodziewałam się, że miałam tak bogate czytelniczo miesiące. Ale taki stan rzeczy nie istnieje zawsze. Obstawiałam raczej tendencję spadkową, bo chcąc nie chcąc powinnam przygotowywać się do matury. Postanowiłam jednak, że nie dam sobie wejść na głowę i wypracowałam sposób działania, w którym znajduję czas i na książki i na filmy i na naukę. Czasem coś kosztem czegoś- wciągnie mnie książka, pochłonie angielski, ale jakoś idę do przodu. Skutkiem tego, że jako tako się zorganizowałam, w ostatnich 3 miesiącach udało mi się poznać dużo książek, dużo nowych odcinków seriali i satysfakcjonującą liczbę filmów.


W grudniu złapała mnie niemoc czytelnicza, skutkiem czego udało mi się poznać dwie książki, ale za to od razu wskoczyły one do grona ulubionych. "Komedia świąteczna" to idealny przykład jak napisać zabawną historię romantyczną, bez wielkich uniesień, irytujących bohaterów i przerysowania. "P.S.I like you", czyli niezawodna Kasie West, po raz kolejny porwała mnie na kilka godzin i nie chciała wypuścić ze swoich macek. "Ferdydurke" wszyscy wokół krytykowali, a ja choć nie mogę się nazwać fanką, to jednak jestem pełna podziwu dla autora za stworzenie czegoś tak śmiesznego, karykaturalnego i wystawiającego środkowy palec wszystkim niedowiarkom. "Upadli" to z kolei doskonały przykład jak NIE przedstawiać miłości między dwójką nastolatków. Infantylna, naiwna i rozczarowująca- jedynie wątek paranormalny trzyma się całości. "Granica" to chyba jedna z lepszych lektur jakie miałam okazję czytać- bardzo aktualna i wciągająca. "Traktat o łuskaniu fasoli" męczyłam dość długo, chociaż słowo "męczyłam" nie do końca tutaj pasuje. Po prostu na książki tego typu, potrzebuję więcej czasu i uwagi. "Kiedy pada deszcz" to niesamowite połączenie dobrej muzyki ze łzami wzruszenia, jednak autorka nie do końca ma dar przekonywania do swojej opowieści. "Kod Leonarda da Vinci" to moje odkrycie czytelnicze. Niepokojąca, wzbudzająca kontrowersje, niejednoznaczna, emocjonalna, wciągająca- to tylko kilka z licznych przymiotników, jakich mogłabym tutaj użyć. "Pod presją" to z kolei przyjemna i lekka młodzieżówka, jednak nie wnosząca nic o naszego życia. Idealna na odprężenie. "Sklepy cynamonowe" oraz "Pożegnanie z Marią" to dwa opowiadania potrzebne na zajęcia z polskiego, króciutkie, ale nie czuję by coś zmieniły w moim życiu. No i "Caraval"- ostatnia książka lutego, co tylko dowodzi, że ten miesiąc zarówno zaczęłam jak i zakończyłam fantastyczną powieścią. Powieść Pani Garber to pierwsza od dłuższego czasu młodzieżówka z nutką magii, która nie irytowała mnie wątkiem miłosnym i bohaterką gąską.





Dwa pierwsze filmy, czyli On-drakon oraz Źródło młodości to moje odkrycia tej zimy. Bardzo klimatyczne i wciągające. Powstał nawet krótki post na ich temat (o tutaj). Wyspa tajemnic to film polecony przez koleżankę ( a właściwie dwie), ale szczerze mówiąc kompletnie mnie on nie kupił. Na nowo przyzwyczajam się do DiCaprio i choć tę rolę miał niezłą, to jednak film ogromnie mnie wynudził. Uwielbiam piosenki z Grease, co było śmieszne bo jeszcze do niedawna nie znałam filmu, a szkoda, ponieważ był naprawdę dobry! W okresie świątecznym obejrzałam A Wish For Christmas, głównie z nudów i nie powiem, żebym żałowała, ale raczej Wam go nie polecam. A źle dobrany błyszczyk głównej bohaterki dalej śni mi się po nocach. Było jeszcze Love Actually, czyli podobno inspiracja dla Listów do M. Muszę stwierdzić, że choć nie obyło się bez śmiechu, to mając porównanie polskie i zagraniczne wybieram to polskie. Nie sądzę, żebym wróciła, chyba że będę mieć zły dzień. Scena z tańczącym Hugh Grant'em to idealny rozweselacz na ponure dni. Magic Mike "chodził za mną" od dawna, ale po seansie nie czuję się ani zadowolona, ani zirytowana...a raczej zażenowana. Nie chodzi o to jaki temat on porusza, ale w sposób jaki zostało to przedstawione. Dla mnie mocny średniak. Dwa przedostatnie filmy, to właściwie animacje- Dzwonnik z Notre Dame, który miał piękne piosenki i przesłanie, ale raczej się na nim wynudziłam oraz Vaiana: Skarb Oceanu, czyli dla równowagi coś, co bardzo mnie kupiło- soundtrackiem oraz niesamowitą bohaterką i humorem. I myślałam, że na tym zakończę spis filmów, ale w sobotę przypadek zadecydował o jeszcze jednym, przypuszczam że najlepszym z całej tej listy. Dziewczyna i chłopak: wszystko na opak ma doskonałe role, przepiękną muzykę, cudowną historię pierwszej miłości oraz nieziemski klimat lat 60. XX wieku. Obejrzyjcie koniecznie!



Znając sytuację z poprzedniego roku, kiedy to kompletnie straciłam głowę do serialu, obiecałam sobie solennie: "Dominika, żadnych nowych seriali do 24 stycznia. ZERO.". I pewnie dotrzymałabym postanowienia gdyby nie Teen Wolf. A raczej jego brak. Przez przerwę świąteczną nie było żadnych nowych odcinków, więc co zrobiłam ja? Czyżbym nadrobiła rozpoczęte już seriale? Oczywiście, że nie. Odpaliłam nowy. I wiecie co? Supernatural to życie. Ja nie wiem jak mogłam żyć przez tyle lat w nieświadomości. Planuję osobny post na ten temat, jak będę mniej więcej w połowie wszystkich sezonów i już nie mogę się tego doczekać!
Drugim serialem, który odpaliłam z poleceń był SKAM i przez pierwsze półtora sezonu niesamowicie się nim jarałam, (że się tak wyrażę :D), ale teraz utknęłam i moja ekscytacja minęła, momentami zamieniając się w irytację. Obejrzę, ponieważ niesamowicie ciekawi mnie trzeci sezon, jednak mam nadzieję, że coś się poprawi.



Moje plany przedstawiają się tak: wracam do comiesięcznych podsumowań. Lubię to robić i mam do tego materiał, a nawet jakby go nie było to coś wykombinuję.
Nie wiem czy pamiętacie, ale w grudniu stworzyłam coś, co nazwałam TBR na zimę i udało mi się z tego przeczytać 6/10 tytułów, czyli całkiem nieźle. Na razie dalej skupiam się na lekturach, chociaż nie potrafię powiedzieć konkretnych tytułów. Chciałabym przeczytać coś z biblioteki oraz z mojego mini TBR na 2017 rok, którego zdjęcie znajdziecie poniżej. Na razie nie planuję nic więcej, ponieważ to już marzec, czyli na dobrą sprawę mój ostatni miesiąc edukacji i jakby nie patrzeć ostatnia prosta :)

Mini TBR 2017 ;)


Dajcie znać co fajnego ostatnio przeczytaliście, oraz na jakie buble trafiliście w tym roku ;) Jestem bardzo ciekawa ^^
Czytaj dalej

Victoria Alexander- "Komedia świąteczna"


Oryginalny tytuł: What Happens At Christmas
Rok polskiego wydania: 2014
Wydawnictwo: OLE
Seria: Millworth Manor #1
Ocena: 9/10

  Romanse historyczne to gatunek, po który obecnie sięgam stosunkowo rzadko, ale nie zawsze tak było. Kilka lat temu potrafiłam pochłaniać jeden za drugim i wyglądało na to, że nigdy nie miało mi się to znudzić. I w sumie nie wiem co się stało. Sama z siebie urwałam ten kontakt, zaprzestałam poznawania nowych historyczno-romantycznych historii, poza paroma wyjątkami. Jednak ostatnio udało mi się odnowić przyjaźń z tym gatunkiem, dzięki książce "Komedia świąteczna" autorstwa Victorii Alexander.

  Lady Camilla jest wdową, której zmarły małżonek zostawił pokaźny majątek w spadku. Jednak kobiecie nie do końca to wystarcza. Chciałaby tytuł, większe przywileje i nowego męża. Kiedy poznaje pewnego arystokratę, który totalnie zawraca jej w głowie, zaprasza go do swojego domu na Boże Narodzenie. Problem w tym, że rodzina Camilli jest nieco... niekonwencjonalna, dlatego młoda kobieta postanawia wynająć aktorów, którzy będą udawać jej familię. Już sam ten fakt jest nieco szalony i trudny do zrealizowania, jednak kiedy w drzwiach domu Camillii staje jej młodzieńcza miłość -Grayson, który proponuje pomoc w odgrywaniu farsy, sytuacja staje się jeszcze trudniejsza. Co wyniknie z tej komedii pomyłek?

  Osoby, które czytują od czasu do czasu romanse osadzone w oddalonej przeszłości, być może zauważyły, że te książki bardzo często wydawane są mało starannie. Cieniutkie, z okropną grafiką i małą czcionką. Nie mówię tutaj o każdym tytule, ale prawdą jest, że praktycznie każde moje spotkanie wyglądało właśnie tak. Dlatego zostałam bardzo przyjemnie zaskoczona, kiedy żaden z tych elementów nie powtórzył się przy okazji lektury "Komedii świątecznej". Książka jest gruba oraz bardzo ładnie wydana. Nie zauważyłam błędów- ani logicznych, ani ortograficznych, co sobie cenię, bo w ostatnim czasie czytałam jedną książkę, od której aż bolały mnie oczy. Co mogę zarzucić wydaniu? Brak kontynuacji. Chętnie poczytałabym o innych bohaterach, których polubiłam. Chciałabym zobaczyć jak potoczyły się ich dalsze losy, jak ułożyli sobie życie. Niestety, coś czuję że na ciąg dalszy nie bardzo mam co liczyć.

  To co ogromnie zapunktowało w moich oczach to fakt, że tytuł idealnie odzwierciedla rzeczy, które dostaniemy w książce. Mamy mnóstwo nieprzewidywalnych wydarzeń, które połączone ze sobą, dają nam naprawdę niezły kabaret. Sytuacja już na początku nie przedstawia się korzystnie, ale to co dzieje się dalej, wzbudza tylko niepohamowane wybuchy śmiechu. To nawet trochę irracjonalne i mało prawdopodobne, ale czyż nie jest tak, że jak chcemy żeby coś wypadło perfekcyjnie, to właśnie wtedy się burzy? Camilla dwoi się i troi, żeby to wszystko opanować, żeby jej małe kłamstewko, które przerodziło się w wielką farsę, nie wyszło poza mury jej domu... a to czy jej się uda, polecam sprawdzić każdemu z osobna.

  Fan romansów na pewno nie będzie zawiedziony. Już dawno się tak nie ubawiłam czytając książkę z tego gatunku, gdzie nie występują nastolatkowie, a dorośli ludzie. Dodatkowo akcja ma miejsce w zimie, w okresie świątecznym- mamy śnieg, mamy klimat. Ja osobiście nie dotrwałam do Bożego Narodzenia, tak bardzo nie mogłam się powstrzymać, że przeczytałam ją w trzy wieczory, kilka dni przed świętami właśnie. Jeśli ta autorka jeszcze kiedyś pojawi się w Polsce, natychmiast kupię jej powieść. I Wam też radzę tak zrobić :)
Czytaj dalej

Michelle Falkoff- "Pod presją"

 
Oryginalny tytuł: Pushing Perfect
Rok polskiego wydania: 2017
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 8/10

  Kara ma cel: dostać się na wymarzony uniwersytet i po drodze nie dać się zdeptać. Ma też jednak problem:  na ważnym egzaminie, który ma ją przygotować do studiów dostaje ataku paniki. Nabyte przekonanie bycia idealną rodzi więcej kłopotów niż pożytku. Dziewczyna denerwuje się na tyle, że sięga po tabletkę, która rzekomo eliminuje strach i pozwala się wyluzować. Jednak ktoś ma na nią haka- zdjęcie, które pokazuje transakcję zakupu Novalertu, pokazane odpowiednim osobom, może zrujnować szansę na przyszłość Kary. Co więcej- nastolatka nie jest jedyną, która ma ten problem. W szkole jest ktoś kto bardzo dobrze zna uczniów i może szantażować każdego z nich.

  Temat książki był mi bardzo bliski. Parę lat temu miałam okres kiedy każde wydarzenie przeżywałam dwa razy mocniej niż moi rówieśnicy, dążyłam do bycia lepszą, lepszą i najlepszą. Przejmowałam się każdym słowem skierowanym w moją stronę, nawet jeśli było ono powiedziane tylko w formie żartu. Analizowałam swoje zachowanie i myślałam co mogłam zrobić inaczej. Jako cicha i spokojna osoba raczej pozwalałam sobą pomiatać, co niektórzy bardzo perfidnie wykorzystywali. Miałam narzuconą presję bycia idealną, ponieważ byłam przekonana, że tylko to sprawi że ludzie zaczną mnie szanować i lubić. Okazało się, że to działa całkowicie odwrotnie, zwłaszcza kiedy jesteś nastolatką ( a przynajmniej w czasie kiedy ja nią byłam, to tak to działało). Dlatego dążenia Kary do określonego poziomu bycia "dobrą" były mi bardzo dobrze znane. Wiedziałam co kierowało dziewczyną, jak się z tym czuła i jak bardzo ją to ograniczało. Pewnych nawyków nie da się wykorzenić z człowieka w ciągu kilku miesięcy, niektóre zostają z nami na lata, mimo ciągłej walki i chęci zmiany. Doskonale wiem jak to jest chować się w swoim kokonie w obawie przed odrzuceniem, ale niejednokrotnie wynika to właśnie z bycia pod presją.

  Tabletki ukazane na okładce, opis z tyłu sugerujący właśnie walkę z uzależnieniem czy tragiczne skutki wynikające z długotrwałego ich zażywania nie są głównym planem powieści. Wydaje mi się trochę oszukane to, że autorka zachęca nas taką wizją, a dostajemy coś innego, mianowicie wątek kryminalny. Akcja książki skupia się na dążeniu do poznania prawdy, na zjednoczeniu się kilku obcych sobie ludzi, aby wyjaśnić kto jest odpowiedzialny za ten cały bałagan. Nie mówię, że to źle- mi osobiście bardzo podobał się ten kierunek fabularny, ale nie znałam wcześniej autorki i nie wiedziałam czego się spodziewać. Osoby, które chciałyby poczytać coś o uzależnieniach czy znaleźć tutaj właśnie takie lekko moralizatorskie przesłanie, raczej się rozczarują. Tutaj główne skrzypce gra zagadka, której punktem zapalnym stały się właśnie tabletki i szantaż.

  Punkt kulminacyjny, moment w którym poznajemy imię sprawcy, był dla mnie zaskoczeniem, chociaż gdyby tak porządnie się nad nim zastanowić, wpadłabym na nie wcześniej. Podążałam w złym kierunku, a pominęłam w sumie najbardziej prawdopodobną osobę. Podchody i załatwienie sprawy, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń mogą się wydawać lekko naiwne, jednak nie należy zapominać, do kogo skierowana jest ta książka. O nastolatkach, dla nastolatków. To jest grupa odbiorców i przypuszczam, że to oni poczują dreszczyk emocji podczas czytania tego tytułu. Dla mnie "Pod presją" jest książką lekką, przyjemną i niezobowiązującą. Nie zmieniło mojego postrzegania świata ( podejrzewam, że nawet nie taki był zamysł), ale też nie męczyłam się z nią. Z zaciekawieniem przekręcałam kolejne strony, a po skończeniu czułam się usatysfakcjonowana. Trzy popołudnia spędzone w bardzo przyjemnym towarzystwie, tyle wymagałam, tyle dostałam.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young:


Czytaj dalej

Poradź sobie z książką TAG by Limonette

Wieki temu Kitty nominowała mnie do Poradź sobie z książką TAG, który oryginalnie stworzyła Limonette. Dzięki!
Zabawa polega na tym, że wybieramy sobie 8 książek, otwieramy na losowo wybranej stronie i wybieramy pierwszy czasownik z lewej jaki widzimy. Pomoże on nam odpowiedzieć na kilka pytań, które to mogą paść w naszym otoczeniu każdego dnia ;) Losowałam książki z tego stosu poniżej, a teraz Wy możecie zobaczyć jak sobie poradziłam :)





Jak zmienić żarówkę?
("Wyścig śmierci")

Idziesz do sklepu, kupujesz żarówkę, wracasz do domu i szukasz stołka. Stajesz na stołku, wykręcasz starą żarówkę i wkręcasz nową. Nie możesz sobie jednak pozwolić na upadek ze stołka, ani tym bardziej działanie pod prądem!

Jak upiec ciasto?
("Chłopak na zastępstwo")


Nieważne czy masz talent do pieczenia ciast, czy jesteś początkującym amatorem- zawsze możesz zacząć od najprostszego na świecie przepisu ( na pewno taki znajdziesz). Musisz tylko uwierzyć w siebie i podbudować poczucie własnej wartości, a na pewno dasz radę!



Jak napompować koło w rowerze?
("Przebudzenie Arkadii")

Aby napompować koło w rowerze, wbrew pozorom nie potrzebujesz wielu rzeczy. Wystarczy pompka. Jednak gdy się okaże, że ta magicznie zniknęła z garażu, cóż wtedy musisz wybrać się do kolegi, aby Ci pożyczył swoją ;)



Jak dostać 5 z testu?
("Cisza")

Kluczem do sukcesu jest nauka. Gorzej jest wtedy, kiedy na tę naukę nie masz chęci ( zwłaszcza na matematykę). Ale mimo wszystko musisz wiedzieć, że wiedza procentuje, a matura sama się nie napisze.



Jak szybko posprzątać pokój?
("Kochając Pana Danielsa")

Skoro musi być szybko, to koniecznie sprawdzasz szafkę i patrzysz czy z czasów oglądania Barbie nie została Ci jakaś magiczna różdżka, którą mogłabyś machnąć i raz dwa zapanował by porządek w pokoju ;)



Jak schudnąć?
("Prawo Mojżesza")

Żeby schudnąć należy spać 7 godzin na dobę, pić dwa litry wody dziennie, zacząć się ruszać ( bieganie, fitness- wybór jest Wasz) oraz jeść dużo owoców i warzyw. Musisz też zrezygnować z wszelkiego rodzaju fast foodów i obiecać, że już tam nie wrócisz ;)



Jak naprawić zepsutą pralkę?
("Malfetto. Mroczne piętno")

Zepsuta pralka nigdy nie wróży dobrze, a już na pewno nie wtedy, kiedy akurat znajdują się w niej nasze ubrania. Ale jeśli widzisz, że urządzenie odmawia posłuszeństwa, to podchodzisz do niego, kucasz i zaczynasz szeptać "Jeszcze wytrzymaj, jeszcze kilka minutek, dasz radę, wierzę w Ciebie!". Nie gwarantuję poprawy sytuacji, ale poprawę humoru jak najbardziej ;)



Jak mieć więcej czasu na czytanie?
("Kiedy pada deszcz")

Więcej czasu na czytanie to jeden z większych problemów mola książkowego i właśnie tutaj znajdujemy na nie odpowiedź! Otóż, moi drodzy należy zaprzestać odwiedzania Facebooka, Instagrama czy strony z serialami, a czas magicznie nam się wyczaruje! Sprawdzona informacja ;)


Świetnie się bawiłam podczas robienia tego tagu! Do dalszej zabawy wyzywam Lexiss oraz  Tatianę :) Dajcie znać jak go wykonacie ;)
Czytaj dalej

Lauren Kate- "Upadli"


Oryginalny tytuł: Fallen
Rok polskiego wydania: 2010
Wydawnictwo: MAG
Seria: Upadli #1
Ocena: 6/10

  Odnoszę wrażenie, że ostatnio bardzo często książki oznaczone etykietką "dla młodzieży" mnie rozczarowują. Mogę przypisać to temu, że powoli wychodzę z tego nastoletniego etapu, ale mimo wszystko dalej chciałabym czytać wciągające historie o tych kilkunastoletnich osobach. Są autorzy, którzy potrafią wyczarować coś interesującego i godnego uwagi. Są też autorzy, z których książek wynoszę niewiele więcej poza mało przyjemnym posmakiem. I dzisiaj o tym drugim typie.

  Luce Price przez całe życie widziała cienie, a ludzie dookoła niej traktowali ją przez to protekcjonalnie i ostrożnie. Kiedy pewien nieszczęśliwy wypadek sprowadza ją do szkoły poprawczej Sword&Cross, spotyka tam Daniela Grigori, chłopaka którego już kiedyś gdzieś widziała... rzecz w tym, że nie umie przypomnieć sobie gdzie. Sam Daniel twierdzi inaczej i stara się ją od siebie odepchnąć, ale Luce nie daje za wygraną. Prawda może okazać się jednak o wiele bardziej nieprawdopodobna, niż Luce kiedykolwiek mogła przypuszczać.

  Kiedyś tam, dawno temu bardzo chorowałam na tę książkę. Wydawała mi się ona spełnieniem młodzieńczych fantazji- przystojni faceci, trójkąty miłosne, aniołowie zakochujący się w śmiertelniczkach i mnóstwo tajemnic. Tym bardziej, że wtedy na tapecie ulubionych powieści, królowało coś podobnego klimatycznie, więc oczekiwanie na nowych bohaterów tylko się wzmagało. Jednak miesiąca mijały, a "Upadli" odchodzili na dalszy plan. Poznawałam inne książki i innych bohaterów, trójkąty miłosne zbrzydły mi do tego stopnia, że nie potrafię przejść obok nich bez irytacji... ale słabość do aniołów i tajemnic pozostała do dziś. Więc kiedy nadarzyła się okazja do przeczytania "Upadłych" sięgnęłam po nią bez wahania, ale też bez wygórowanych oczekiwań.

  To co NAJBARDZIEJ drażniło mnie podczas czytania, nazywa się Luce Price. A dokładniej jej zachowanie w stosunku do innych ludzi ( tak mam na myśli męską część widowni). Strona 50, a ona już poznała dwa największe ciacha szkoły ( nierealne), jest zafascynowana jednym i drugim ( realne), a najgorsze w tym wszystkim jest to, że uważa się za zakochaną i nie wie jak ma postąpić, kogo ma wybrać ( czujecie tę desperację, to wołanie o pomoc?). 50 strona. 50 strona na ponad 400 możliwych. A ja nie wiem czy mam się z tego śmiać, czy załamywać ręce. Po prostu ten trójkąt miłosny tak wysunął się na prowadzenie i był tak przesłodzony, tak przerysowany, że ciężko było mi uwierzyć w jakiekolwiek uczucia w nim ujęte.

  W sumie nasza główna bohaterka to największy, ale zarazem jedyny minus powieści, którą muszę przyznać czytało się wyjątkowo szybko i przyjemnie. Styl pisania Lauren Kate jest lekki i niewymuszony, widać że przeznaczony głównie dla młodzieży. Na to w sumie liczyłam, ponieważ za mną jest już inna książka autorki- "Łza", którą czytałam dobre dwa lata temu, ale nie wyniosłam z niej jakiś lepszych wspomnień. Książka na raz, bez większych fajerwerków, za to ze świetnym pomysłem na fabułę. Przy okazji "Łzy" była to mitologia, w "Upadłych" mamy do czynienia z aniołami oraz tajemniczą zagadką, której rozwiązanie czeka na czytelnika dopiero w dalszych częściach. Wydaje mi się, że w tej "wędrówce po świecie" ( nie wiem jak inaczej nazwać ten fakt, aby nikomu czegoś nie zaspoilerować) jest ukryty duży potencjał i mam nadzieję, że w kolejnych tomach Pani Lauren ogarnie jakoś Luce i stworzy z niej kogoś, z kim da się przebywać bez załamywania rąk dłużej niż jeden rozdział.

  Seria Upadli jest całkiem fajna, ale nic ponadto. Możliwe, że minęłyśmy się w czasie i powinnam ją przeczytać kilka lat wcześniej, żeby zawładnęła moim serduchem. Teraz tak się nie stało, chociaż nie żałuję poznania tej historii. Jest kilka wątków, których rozwinięcie chciałabym poznać, ale nie dzwoni nade mną sygnał alarmowy z dźwiękiem "teraz, teraz, teraz". Okładki tych książek są po prostu obłędne, każda bez wyjątku i w sumie trochę szkoda, że nie widnieją one na równie niesamowitych i zapadających w pamięć książkach. Ale nie błyszczą też na totalnym gniocie, więc nie narzekam. Wiem, że powstaje film na podstawie tworu Pani Lauren Kate, ja jednak po obejrzeniu zwiastuna nie wróżę mu wielkiej popularności i oszałamiających zysków. Mam wrażenie, że przejdzie bez echa, no może pomijając zagorzałych fanów serii. Już teraz widzę jak to wszystko zostało przeinaczone ( a to tylko dwie minuty) i zastanawiam się w jakim kierunku pójdzie reżyser. Obejrzę, ciekawi mnie  ekranowa wersja, ale liczę na coś co z założenia miało być potraktowane poważnie, a wyjdzie z tego komedia. Cóż- zobaczymy.

Inne książki autorki opisane na blogu:

Czytaj dalej