Jennifer L.Armentrout- "Ognisty pocałunek"

Udostępnij ten post


Oryginalny tytuł: White Hot Kiss
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Wydawnictwo Filia
Seria: Dark Elements #1
Ocena: 9/10


  Po raz pierwszy z Jennifer L.Armentrout zetknęłam się na wakacjach dwa lata temu. Wtedy właśnie poznałam "Obsydian", który dość długo wpisywałam na listę ulubionych książek i w sumie dalej w jakimś stopniu to robię. Podobał mi się, i to bardzo, jednak z biegiem czasu i poznawaniem nowych tomów moja opinia nieco się zmieniła, ewoluowała mogłabym rzec. Dalej ceniłam Jennifer za świetny styl pisania, jednak ciut straciła w moich oczach tworząc pięciotomową serię, która spokojnie zmieściłaby się w pojęciu trylogii. Podejrzewam, że z tego też powodu bardzo sceptycznie podchodziłam do jej nowej serii, czyli Dark Elements.

  Layla Shaw jest pół gargulcem, pół demonem. W jej mniemaniu oznacza to, że nosi w sobie czystą, nieskalaną krew, pomieszaną z tą czarną, demoniczną. Wychowana w sposób, który nakazuje jej ignorować tkwiącego w niej demona, a wręcz nienawidzić drugiej części swojej natury, bez wyrzutów sumienia pozwala na zabijanie swoich pobratymców. Do czasu aż spotyka Rotha-ognistego księcia piekieł, który pokazuje jej, że bycie demonem nie zawsze oznacza bycie kimś godnym potępienia.

  Co to było za cudo! Na pewno jedna z lepszych książek jakie miałam okazję czytać w 2016 roku. Poznawanie tytułów z poleceń innych jak dotąd przynosi mi prawie same dobre książki. I choć niby wiedziałam czego mogę się spodziewać- to w końcu Jennifer L. Armentrout, to jednak nie byłam przygotowana na taką jazdę. I choć ciężko mi to przyznać, to "Ognisty pocałunek" okazał się chyba trochę lepszy niż uwielbiany "Obsydian". Serio.

  Layla nie jest tą "zwyczajną dziewczyną"; ma w sobie krew demona i krew strażnika, co już na początku czyni ją bardziej ludzką i bardziej powiązaną z całą historią. Czuje się jednak wyobcowana i odrzucana przez swoją przyszywaną rodzinę, ale mimo wszystko stara się brnąć przed siebie, chociaż to dla niej trudne. Nie udaje nikogo na siłę, nie kieruje nią chęć pokazania swojej siły i odwagi i jaka to ona nie jest. Roth jako książę piekieł od razu zyskał sobie moją sympatię, przede wszystkim  tym, że nie był dupkiem jak to często bohaterowie męscy mają w zwyczaju. Miał sarkastyczne poczucie humoru, ogromną wiedzę oraz dawał poczucie bezpieczeństwa i solidności. Zayne jako nasz drugi bohater męski był całkiem okej, ale brakowało mi w nim iskry. Był opiekuńczy i troskliwy i oddany sprawie, ale odniosłam wrażenie, że mimo wszystko taki nijaki. Polubiłam go, ale nie w znaczeniu romantycznym, a raczej w tym kumplowskim. I niech tak zostanie.

  Jeśli jesteśmy już przy bohaterach to muszę przyznać, że trójkąt miłosny nie raził mnie AŻ TAK BARDZO w oczy, jak się tego spodziewałam. Tutaj Jennifer położyła raczej nacisk na Rotha, chociaż sceny z Zaynem też były. Jestem w stanie zrozumieć Laylę, która darzy uczuciem wieloletniego przyjaciela i nie potrafi o nim przestać myśleć, ale z drugiej strony jest też Roth- seksowny i bardzo niegrzeczny chłopak, który też powoli zdobywa jej sympatię. Myślę, że dopiero drugi tom szerzej otwiera się na połączenie romantyczne i szczerze powiedziawszy już teraz mogę stwierdzić, że jest mi to solą w oku.

  Świat przedstawiony to pokazanie odwiecznej walki dobra ze złem. Z tą różnicą, że nie wszystko zawsze jest czarne albo białe. Istnieje wiele odcieni szarości, które nabierają znaczenia dopiero po pewnym czasie i wtedy też otwierają się ludzkie oczy. A autorka pisze tak rewelacyjnie, że przez książkę się płynie. Nie widzisz kiedy umykają Ci kolejne strony, dopóki nie przekręcasz ostatniej i z bólem serca pytasz "To już koniec?". Tym bardziej, że ból serca jest tym większy, jeśli zakończenie miażdży jak to było w tym przypadku. To uczucie podobne do przeczytania końcówki "Opalu" od tej samej autorki. Niby wiesz co przeczytałaś, ale musisz zrobić to raz jeszcze, żeby się całkowicie upewnić.

  W moim odczuciu seria Dark Elements ma wielki potencjał i pozostaje mi żywić nadzieję, że zostanie on całkowicie wykorzystany. Już nie mogę się doczekać wydarzeń z drugiego tomu, a Wam życzę abyście jak najszybciej zapisali sobie ten tytuł. Nie pożałujecie.

5 komentarzy :

  1. Wiesz co, czasami też się zastanawiam, czy Dark Elements nie podoba mi się bardziej niż Lux :D Bo chyba nawet wolę Rotha od Daemona... :P
    Ja chcę już ostatni tommmmmmm!!!! <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja chcę więcej Roooothaaaaa :D Już nie mogę się doczekać zakończenia trylogii :D
    Pozdrawiam <3
    Sylwia
    http://ravenstarkbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie lubię za bardzo książek o demonach, ale możliwe, że się skuszę :) Doskonale rozumiem kiedy mówisz o stylu pisania Jennifer L Armentrout. Też uważam, że jest świetny, przeczytałam 3 tomy serii Lux.
    Pozdrawiam!
    http://lekturia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Po przeczytaniu Twojej recenzji...od razu zaczęłam na nią polować i w końcu parę dni temu dorwałam ją w swoje ręce :) Mam nadzieję,że na mnie również wywrze tak dobre wrażenie :)

    OdpowiedzUsuń