Mój pierwszy raz z książką

Udostępnij ten post



  Kiedy Jadwiga z bloga Zajęcza Nora napisała do mnie z pytaniem czy dołączę się do jej akcji "Mój pierwszy raz", pomyślałam że to niemożliwe. Niemożliwe, żebym napisała post o tym jak to się zaczęło, kiedy ja nie wiem jak to się zaczęło.Bo wiecie- na świecie istnieje mnóstwo osób, które idealnie potrafią określić, która książka obudziła w nich miłość do tej rozrywki. Rzucają tytułami, klasami, latami- pamiętają uczucia jakie im towarzyszyły podczas lektury, wiążą z nimi konkretne osoby oraz wspomnienia.
Cóż- ja się do nich nie zaliczam.

  Wiele razy w mojej obecności padło pytanie "Jaka książka była pierwsza?", a ja za każdym razem usilnie główkuję, licząc na to, że może tym razem uda mi się sprowokować pamięć do działania. Jak dotąd to się nie udało. Pamiętam za to masę innych szczegółów i to właśnie nimi chcę się tutaj podzielić. Ostrzegam- będzie długo ;)

  Kontakt z książkami zaczął się od czasu kiedy byłam małym brzdącem. Miałam mnóstwo książeczek z różnymi bajkami- Tuwima, Brzechwy, Chotomskiej. Są to nazwiska, które dla mnie stanowią kanon literatury dziecięcej, każdy powinien je znać. Na początku były obrazki, potem czytała mi babcia, a potem w grę wszedł mój upór ze słowami "ja ce sama". To w sumie zostało mi do dzisiaj ;) I tak minęły mi lata dziecięce i zaczęły się lata młodszej podstawówki, czyli okres 7-10 lat.

  To tam miałam po raz pierwszy styczność z "prawdziwą książką", wiecie dużo stron, minimum obrazków. Wtedy zaczęła się moja miłość do lektur, która skończyła się z czasem gimnazjum. Ale o tym za chwilę. Z czasu młodej podstawówki w pamięć zapadły mi dwie książki- "Dzieci z Bullerbyn" oraz "Piątka z Zakątka". Obie czytałam po co najmniej trzy razy i za każdym razem bawiłam się tak samo świetnie. Obie były też prezentami gwiazdkowymi od rodziców, a musicie wiedzieć, że do tej pory ci niechętnie kupują mi książki ;)

  W klasach 4-6 nastąpił mój przełom czytelniczy. Do dzisiaj pamiętam, że pierwszą lekturą przeczytaną w tamtym czasie była "Mała księżniczka". Od tego momentu upłynęło mnóstwo czasu, ale emocje jakie towarzyszyły mi przy czytaniu tej książki pamiętam do dziś, mimo że fabuła w mojej głowie wyblakła. Potem były "Ten obcy","Przygody Tomka Sawyera" oraz "Szatan z siódmej klasy"- takie moje mini podium. Patrząc z perspektywy czasu mogę pokusić się o stwierdzenie, że dwie ostatnie to był taki początek zamiłowania do powieści gdzie główną rolę gra zagadka i rozwiązanie tajemnicy ;) Gdzieś pomiędzy zaplątały się "Opowieści z Narnii". Nie była to jednak lektura, a prezent który dostałam od cioci i zapragnęłam ją przeczytać, o czym by tylko nie była. Bardzo mi się spodobała i być może dała zalążek mojej sympatii do opowieści fantastycznych ;) Gdzieś pod koniec okresu starszej podstawówki zaplątałam się jeszcze w wir "Ali Makoty" ( która była moją pierwszą samodzielnie kupioną książką) oraz powieści Pani Małgorzaty Musierowicz, które również oceniam jak najbardziej pozytywnie.Wtedy nie miałam jeszcze tak wybrednego gustu czytelniczego i podobało mi się praktycznie wszystko.

  Gimnazjum rozpoczęło się dla mnie dość przebojowo, ponieważ zaraz na progu nauczycielka rzuciła w moją stronę "Faraona" Prusa i kazała przeczytać na za tydzień. Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się to. Przeczytałam ledwie kilka rozdziałów i chyba po raz pierwszy znienawidziłam lekturę szkolną. A to był dopiero początek. "Krzyżacy", "Ogniem i mieczem" i kilka innych perełek były następne. To troszkę ostudziło mój entuzjazm i zaczęłam sobie darować lektury szkolne. Jako zamiennik pojawiły się romanse. Teraz jestem pewna, że właśnie te małe niepozorne Harlequiny obudziły we mnie miłość do tego gatunku, a ja ciągle poszukuję coraz to nowszych i oryginalniejszych tytułów. Najpierw podkradłam kilka Harlequinów mamie, potem zaczęłam czytać wersje pdf ( nie oceniajcie proszę ). W tamtym okresie byłam młoda i głupia. Miałam tylko telefon, na którym pochłaniałam coraz to nowsze tytuły, a wiecie jak to jest czytać coś na telefonie przez dłuższy czas.Wtedy właśnie mój wzrok dość gwałtownie się pogorszył, a ten fakt stopniowo zaczynał leczyć mnie z czytania plików pdf, co zostało mi do dzisiaj.

  Gimnazjum to nie tylko okres gorących romansideł, które zdecydowanie były przeznaczone dla starszej wersji mnie ( teraz to wiem). Wtedy też zapisałam się do miejskiej biblioteki. Na początku książki wybierała dla mnie Pani Bibliotekarka. Często przebiegało to w ten sposób: "Mamoo, jak skończysz pracę, podskoczysz mi wypożyczyć parę fajnych książek?". Mama mówiła tak, ale decyzję co do tytułów zostawiła wykwalifikowanym rękom. Nawet nie wiecie ile frajdy dawał mi powrót mamy z reklamówką pełną książek, a potem wyciągania ich po kolei i czytania opisów. Fajny był wtedy czas. Nie wiedziałam co w wydawnictwach piszczy, nie czekałam na premierę jakiejś książki, cieszyłam się z tego co Pani Bibliotekarce, a w późniejszym czasie mi samej, udało się wygrzebać z bibliotecznych półek. I nawet nie wiecie ile wspaniałych tytułów, które do tej pory pamiętam, poznałam.

  Z gimnazjum wyniosłam też kilka fajnych czytelniczych wspomnień. To nie był tylko czas Sienkiewicza czy Prusa. Niesamowicie urzekł mnie "Oskar i Pani Róża", którego pochłonęłam w jeden wieczór przy lampce. "Poczwarka" Pani Doroty Terakowskiej to też było coś! "Quo Vadis", z którym wiąże się dość śmieszna historia też bardzo mi się podobało- chociaż dużo opisów ominęłam ;) Bo tak naprawdę nie trzeba było tego czytać- wystarczyło oglądnąć film i rozwiązać kartę pracy, ale ja uznałam że Ligia i Marek Winicjusz są na tyle fajni, że warto o nich poczytać. No i poczytałam.

  Czas między ukończeniem gimnazjum, a zaczęciem nauki w szkole średniej to był jeden wielki przełom. To właśnie wtedy przeczytałam "Bez mojej zgody" i rozpoczęłam blogowanie. Czytelnia Dominiki od ponad trzech lat nazwy nie zmieniła, za to wygląd już czterokrotnie. Ale zawsze pisałam tutaj ja, to tutaj w pewnym sensie dorastałam, bo starsi bywalcy poznali mnie już jako szesnastolatkę ;) Wtedy blog książkowy nie był jeszcze tak znaną formą promocji książek jak teraz. Wtedy była nas garstka, przynajmniej ja tak to pamiętam. Ale miałam jakieś autorytety. To u nich pojawiały się coraz to nowsze książki, stosiki, informacje o innych książkach... i wsiąkłam.

  Pierwszą współpracę z Wydawnictwem rozpoczęłam po odbyciu dwuletniego stażu w blogosferze, zapowiedziami na poważnie zaczęłam interesować się jakoś ponad rok temu, a moja biblioteczka na lubimy czytać liczy sobie ponad 700 pozycji "chcę przeczytać". Wsiąkłam i czasami tęsknię do takiego czasu błogiej nieświadomości i braku obycia w temacie książek. Ale widziałam i przeczytałam za dużo, żeby to cofnąć. Zresztą nie wiem czy w ogóle bym chciała jakbym miała taką możliwość. Tęsknota tęsknotą, ale w ciągu tych trzech lat poznałam wiele świetnych historii, odkryłam kilka marzeń które chciałabym spełnić i pokochałam muzykę. Tutaj w pewnym sensie dorosłam, a książki które czytałam, zwyczajnie mi towarzyszyły. Teraz mnie wyprzedzają bo ich ilość rośnie w zatrważającym tempie, ale wciąż wierzę że kiedyś je dogonię. Przede mną jeszcze masa na pewno wspaniałych historii, które ukształtują mnie jeszcze inaczej. Ale mniej więcej tak to wszystko się zaczęło. Nie umiem już bardziej skrócić tej historii. I tak się hamowałam by nie zacząć Was nudzić. Dziękuję wszystkim, który mimo wszystko dotrwali do końca- jesteście wspaniali!
Dla mnie był to wspaniały powrót do dzieciństwa i lat późniejszych, przeanalizowanie swojego czytelniczego życia i zapoznanie Was z tymi szczegółami.


  Jednak niemożliwe stało się możliwe. Jest post, lektura do poduszki. Długi, bo długi, ale pozwolił mi uporządkować wiele czytelniczych zagwozdek. Jadwigo- dziękuję za stworzenie takiej inicjatywy, bo bez tego pewnie nie dałabym rady sięgnąć aż tak daleko w przeszłość. A tak to udało mi się poznać książkowe korzenie i bardzo się z tego cieszę.


A jak to było w Waszym przypadku?


Grafika zaczerpnięta została z bloga organizatorki.

5 komentarzy :

  1. A mnie zachęciła koleżanka ze studiów podyplomowych. Pierwsze recenzje nie były co prawda najlepsze, ale jakoś poszło. Teraz niestety często dopada mnie lenistwo na pisanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już w podstawówce lubiłam czytać i dużo czytałam, aczkolwiek taką moją pierwszą wielką miłością do książek to była ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA. No do dziś lubię wracać do tej książki, choć nie mam nastu lat już dawno :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak jak Ty, nie pamiętam, kiedy zaczęłam czytać. Przez dłuższy czas wszystkie książki, które znałam, to te, które miała biblioteka szkolna w mojej podstawówce lub moja ówczesna najlepsza przyjaciółka, której liczne książki mam do dziś, choć było to dobre kilka lat temu. Ogromnym sentymentem darzę "Anię z Zielonego Wzgórza" i "Małą księżniczkę", o której wspomniałaś. Jako mała dziewczynka przeczytałam ją kilka jeśli nie kilkanaście razy. A bloga założyłam przeszło dwa lata temu i choć nadal nie jest on wybitny, to wciąż się staram. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie też nie ma konkretnej książki, która rozpoczęłaby mój szał na czytanie... właściwie to kiedyś średnio za tym przepadałam :D Ale fajnie było poczytać, jak to było z Tobą ^_^

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też nie miałabym pojęcia co odpowiedzieć na pytanie jaka była pierwsza książka, od dziecka pomagalam w bibliotece od zawsze ciągłego mnie do książek więc chyba tak po prostu musi być :D
    Blog o książkach

    OdpowiedzUsuń