Amy Harmon- "Prawo Mojżesza"

Udostępnij ten post


Oryginalny tytuł: The Law Of Moses
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Editio Red
Seria: Prawo Mojżesza #1
Ocena: 8/10

  "The law of Moses", czy po prostu nasze polskie "Prawo Mojżesza" było jedną z książek, o których jak dotąd nie zdążyłam Wam powiedzieć w postach z serii zagranicznych książek, których nie mogę się doczekać na naszym rynku wydawniczym ( CZĘŚĆ 1, CZĘŚĆ 2). Musicie mi uwierzyć na słowo, że czekałam sobie na tę książkę i w końcu się doczekałam.

  Mojżesz Wright został nazwany przez okolicznych mieszkańców "dzieckiem cracku". Potomek narkomanki, porzucony w koszu na pranie, o nietypowej urodzie, od początku było wiadomo, że budził ciekawość. Dla Georgii stał się czymś więcej. Zaprzyjaźnili się na wakacjach, i chociaż dziewczyna pokochała go całym sercem, on miał obawy co do niej samej. Tak rozpoczyna się ich historia. Historia pełna bólu, cierpień i wyrzeczeń.

  Amy Harmon podzieliła opowieść na dwa tomy- "przed" i "po". Nie powiem Wam dlaczego tak zrobiła, ponieważ zepsułabym Wam niespodziankę i przyjemność z czytania lektury, ale mimo wszystko muszę się do nich odnieść. Część "przed" była jak sinusoida. Jednym razem się śmiałam, wzruszałam i wyśmienicie bawiłam, po to by za chwilę zastanowić się czy na pewno wszystko dobrze rozumiem. Po prostu zachowanie bohaterów było tak płytkie i infantylne, że chwilami nie mogłam ich ścierpieć. Jednak w moim odczuciu było to celowe, po to by podkreślić kilka rzeczy w części "po", która jest o wiele dojrzalsza i bogatsza w uczucia. To tam naprawdę zapałałam sympatią go Mojżesza i Georgii, tam nie mogłam się oderwać od treści i tam przeżywałam chwile napięcia, w obawie że stanie się coś nieodwracalnego.

  Biorąc do ręki tę książkę miałam dwie obawy. Było to imię głównego bohatera, który jak wiecie ma na imię Mojżesz. Bałam się, że będzie mi to przeszkadzało i na początku zastanawiałam się dlaczego Wydawnictwo nie zostawiło oryginalnego "Mosesa". I tak, przeszkadzało mi ono. A raczej przeszkadzało mi to, że to imię jest spolszczone, a jego nazwisko już nie. Tak samo z resztą imion czy miejsc- wszystkie zostały zachowane. Akcja rozgrywa się w Levan, czyli w amerykańskim Utah i naprawdę można to odczuć, A to tylko potęgowało uczucie obcości tego "Mojżesza". Wiem też jednak, że tytuł jest genialny i w drugą stronę ciężko byłoby zostawić np. "Prawo Mosesa", więc mam wewnętrzny konflikt sama ze sobą.

  Drugą rzeczą, której się obawiałam, a jednocześnie bardzo mocno wyczekiwałam, było zakończenie. Jak głosi okładka- miało być specjalne, bez happy endu. Liczyłam, że będzie spektakularne, w końcu to był najważniejszy czynnik, który sprawił że zainteresowałam się książką. Jednakże trochę się rozczarowałam. Nawet nie wiecie ile scenariuszy przerobiłam, na ile zakończeń miałam nadzieję, ale to które dostałam nie wbiło się w moje oczekiwania. Ja wiem, że wielu osobom przypadło do gustu, ale w moim odczuciu autorka wybrała trochę za bardzo niespójny kierunek. Nie podaję konkretów, bo boję się, żeby nie zepsuć komuś niespodzianki, ale jak dla mnie to zakończenie ma więcej minusów niż plusów.

  Aczkolwiek Amy Harmon niejednokrotnie zaskoczyła mnie w trakcie czytania. Wprowadziła kilka zwrotów akcji, których się nie spodziewałam, poza tym mocno namieszała mi w głowie. Do tej pory nie do końca wiem pod jaki gatunek podpiąć tę  książkę, ponieważ nie jest ona takim zwyczajnym New Adult, na jakie wygląda. Początkowo przypominała mi nieco "Ostatnie lato w Nebrasce", ale to przez połączenie z końmi i dość odważną główną bohaterką. Na tym podobieństwa się kończą.

  "Prawo Mojżesza" to historia dość nieoczywista. Łączy w sobie pasję do koni, do malarstwa, a jednocześnie uwydatnia problemy dotyczące koloru skóry, braku akceptacji i przemijania. Można znaleźć tam nutkę kryminału, trochę rzeczy paranormalnych i oczywiście romans. A do tego wszystkiego książka ma tak cudowną polską okładkę, że mogę na nią patrzeć godzinami i ciągle nie będę miała dość. Mimo kilku mankamentów myślę, że  jest to dość nietypowa książka i na pewno wyróżnia się wśród kategorii New Adult, jeśli mogę ją tam zaklasyfikować.

10 komentarzy :

  1. Uwielbiam "Prawo Mojżesza". Ale, tak jak Ty, oczekiwałam czegoś innego od zakończenia... Tyle, że mnie to, co dostałam wcale nie rozczarowało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie było takie... nie do końca zgodne z moimi oczekiwaniami :D

      Usuń
  2. Jeszcze nie czytałam, ale zamierzam. Dużo się już naczytałam recenzji o tej książce. Mam nadzieję, że mi się spodoba. :)
    Pozdrawiam, Nat z osobliwe-delirium.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Niedługo się za nią biorę, ale nie powiem - trochę się jej boje ;/ To jednak nie moje klimaty. Ale kto wie...
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem przeczytanie coś z innego gatunku niż zazwyczaj czytamy, daje nam dużo radości :)

      Usuń
  4. Też mam ten konflikt, jeśli chodzi o to imię! Początkowo w ogóle byłam skłonna nie czytać tej powieści ze względu na imię, no ale... tak nie można xD Nie chcę w taki sposób dyskryminować książki :P
    Oj tak, okładka jest piękna! <3
    Mi zakończenie przypadło do gustu :D Ono koniec końców rzeczywiście było nieszczęśliwe... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie ja też :D Imię jak imię, ale nie pasuje z tym nazwiskiem i już :D
      Ja tam nie wiem, w którym momencie było nieszczęśliwe :D

      Usuń
  5. Podobają mi się wspomniane wątki malarstwa i miłości do koni, z pewnością są świetnym urozmaiceniem książki. Może kiedyś sama sięgnę po tę pozycję. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mnie zakończenie się podobało, ale wydaje mi się, że dopisek na okładce można było sobie podarować - oczekiwałam czegoś innego. Mimo wszystko książka trafiła we właściwe struny - historia mnie ujęła i wzruszyła, przy tym zaskoczyło mnie świeże podejście do szaleństwa i malarstwa.

    OdpowiedzUsuń