Kathryn Taylor- "Powrót do Daringham Hall"


Oryginalny tytuł: Daringham Hall- Das Erbe
Rok polskiego wydania: 2015
Wydawnictwo: Otwarte
Seria: Daringham Hall
Ocena: 6/10

  "Powrót do Daringham Hall" to miało być spotkanie z cudownymi bohaterami, niesamowitym klimatem angielskiej rezydencji oraz ponoć interesującą fabułą. Zamiast tego dostałam coś, co mogę określić jako "średniak z tendencją spadkową". Wychodzę z założenia że każda książka ma swojego odbiorcę, kogoś kto ją uwielbia, stawia na podium i poleca znajomym. I naprawdę nie lubię krytykować książek i ich autorów, wytykając błędy. Ale ten konkretny tytuł nie do końca spełnił moje oczekiwania i po prostu muszę z siebie wyrzucić tę frustrację.

  Ben Sterling to biznesmen działający w branży informatycznej. Dowiaduje się, że jego zmarła matka przez pewien czas była żoną Ralpha Camdena, który jest jego nieznajomym ojcem. Mężczyzna chce się zemścić na rodzicielu, chcąc odebrać mu wszystko czego ten się dorobił. Majątek, tytuł hrabiego oraz szacunek. Jednak  będąc już u celu Ben ma wypadek, skutkiem czego traci pamięć. Przez pewien czas opiekuje się nim Kate, kobieta ściśle związana z Camdenami, która zaczyna coś czuć do Bena, a on to odwzajemnia. Tyle, że amnezja mężczyzny skutecznie uniemożliwia młodym bliższe poznanie się, tym bardziej że jak prawda wyjdzie na jaw, to może ona zaboleć o wiele bardziej niż cokolwiek innego co ich w życiu spotkało.

  Czy już na wstępie nie brzmi Wam to nieco pompatycznie? Gdybym dojrzała to wcześniej, być może dalej tkwiłabym w błogiej nieświadomości jakim rozczarowaniem okazała się ta książka. W skrócie można ją sprowadzić do trzech rzeczy: utrata pamięci Bena, uczucie do Kate, trudna prawda. Pomiędzy tymi zjawiskami dostajecie angielskie bale, czułe słówka szeptane sobie przez zakochanych i mnóstwo imion do zapamiętania. Klimat jest- to muszę przyznać. Jakoś od początku można poczuć, że jest się na wsi, w Anglii, a w powietrzu unosi się taki swobodny ton zabawy i lekkości. Wiecie o co mi chodzi. Ale poza tym ta książka to sinusoida.

 Już na początku Kathryn bombarduje nas mnogością imion do zapamiętania, a co więcej-połączenia ich z konkretnymi osobami z rodu Camdenów. Głupio przyznać, ale już dzień po skończeniu książki miałam z tym problem. A co dopiero teraz. Po prostu co za dużo to niezdrowo- tym bardziej, że książka jest dość mała objętościowo, a na takiej małej przestrzeni jeszcze bardziej rzuca się to w oczy. W ogóle to jestem zdania, że tę serię spokojnie można było zamknąć w jednym grubszym tomie zamiast się bawić w trylogie i nie wiadomo co jeszcze. Po prostu autorka nie ma nam do opowiedzenia aż tak skomplikowanej i ciekawej historii by dzielić ją na trzy.

  Uczucie Kate i Bena tak naprawdę zakwitło zanim ci się zobaczyli. Mam wrażenie, że to było coś w rodzaju miłości od pierwszego wejrzenia, ale tak słodkiej, tak irytująco uroczej i pompatycznej, że momentami miałam odruch wymiotny. A Kate, ta inteligentna kobieta od razu rzuciła się w ramiona obcego mężczyzny. No ludzie! Myślę, że wina autorki polega na tym, że za bardzo wyidealizowała Bena, skutkiem czego stał się on obrazem aroganckiego dupka, który myśli że wszystko mu wolno, ponieważ ma pieniądze. To taki typ człowieka, którego uparcie unikam w realnym życiu, ponieważ doprowadza mnie do szewskiej pasji. Osobno funkcjonują całkiem znośnie i dość szybko czytało mi się sceny z ich udziałem, ale w momencie kiedy oboje naraz pojawili się na scenie, ta się psuła.

  Jednak choć główny męski bohater mnie irytował, Kate przy nim głupiała, a cała ta utrata pamięci rozwiązała się zbyt szybko, nie potrafię tak do końca żałować, że poznałam tę historię. Totalnie oczarował mnie klimat angielskiej wsi, uczucie Anny i Davida oraz przyjaciel głównego bohatera. Jeśli sięgnę po kolejne tomy to właśnie tych trzech rzeczy i osób nie mogę doczekać się najbardziej. I liczę na to, że później jest lepiej- Ben nie wkurza, Kate nie mdleje na jego widok, a język jest trochę lepszy.
Czytaj dalej

NA EKRANIE W WAKACJE | CZĘŚĆ 1

Inspirację do napisania tego posta zaczerpnęłam od kochanej Diany, które w lipcu opublikowała pierwszy post z jej serii "Filmy obejrzane w wakacje". Polecam zajrzeć- jeśli klikniecie w imię, link przeniesie Was do pierwszego z jej tekstów. Parę miesięcy temu zrezygnowałam z regularnych postów filmowych, bo po prostu nie miałam do tego ani czasu, ani predyspozycji. Aczkolwiek uznałam, że takie wakacyjne podsumowanie dwóch ostatnich miesięcy pod względem filmowym i serialowym, da Wam wgląd w tytuły, w które warto zainwestować czas, lub takie przy których będziecie rwać włosy z głowy. Klikając na tytuł, automatycznie przenosicie się na filmweb.pl. Żeby nie przedłużać- zaczynajmy :)

ALADYN    |7/10|

Jestem na bakier z oryginalnymi animacjami Disneya. W dzieciństwie puszczano mi raczej te "podróbki" i z nich właśnie znałam wcześniej historię Aladyna, ale kto zna i słucha Studia Accantus, ten wie, że ich aranżacje piosenek z bajek, to po prostu życie. To właśnie one sprawiły, że zechciało mi się poznać wersję pierwotną. I cóż. Podobało mi się, piosenki troszkę kulały, ale tak to jest, jak zakosztuje się czegoś, czemu stawia się wyższą notę ;) Dobre na jedno popołudnie, raz zobaczyć, zapamiętać, ale nie wracać. Bardzo przyjemna bajka, ale za nic nie przebije mojego ukochanego Herkulesa. Może gdybym oglądała to po raz pierwszy w dzieciństwie, moja ocena była by bardziej adekwatna :)



Aladyna obejrzałam jeszcze końcem czerwca, natomiast lipiec należał do seriali. A właściwie jednego. Piękna i Bestia, bo to o nim mowa- leżakowała na liście "do obejrzenia" już dość długo. W internecie znajdują się głównie informacje na temat tych kasowych, głośnych produkcji, a ja miałam ochotę na coś niszowego, czego wszyscy nie znają. I się doigrałam. Pierwszych dziesięć odcinków tak mnie wciągnęło, że nie widziałam świata poza Vincentem i Catherine ( główni bohaterowie). Nie miałam czasu na to by coś zjeść, poczytać, czy pójść spać. Liczył się tylko ten boski serial. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Maraton ten spowodował, że być może "przejadły" mi się losy tej dwójki, skutkiem czego następne 5 odcinków obejrzałam tak tylko po to, by chociaż skończyć pierwszy sezon. Nie udało mi się, ale w sumie może kiedyś przyjdzie na niego pora. Na chwilę obecną nie jestem w stanie stwierdzić, że polecam czy nie- oglądało mi się nieźle, ale tylko do pewnego momentu. Nie wystawiam też oceny- bo z tym jest ciężko gdy obejrzało się tylko kilkanaście odcinków.



Jestem osobą, która wiecznie ma problem z tym, że w telewizji nie lecą żadne fajne filmy, które można by obejrzeć wieczorkiem. Kiedy zobaczyłam, że jednak mam szansę zobaczyć Trzech Muszkieterów uznałam "Tak! To jest to". Co z tego, że byłam w trakcie czytania wersji papierowej. Ekranizacja z 2011 roku jest bardzo niespójna z książką, o czym zdążyłam się już przekonać, ale mimo wszystko podobała mi się. Nie ukrywam, że w dużej mierze jest to zasługa głównych bohaterów, na których aż miło się patrzy ;) Z książką ma tylko kilka punktów wspólnych, ale jako osobny film broni się całkiem nieźle :)


DZIEŃ DOBRY TV   |6/10|

Jeśli jeszcze nie wiecie, bardzo lubię Rachel McAdams. Jest to jedna z moich ulubionych aktorek, zaraz obok Sandry Bullock, Anne Hathaway czy Katherine Heigl. Dlatego niespecjalnie wahałam się przed obejrzeniem Dzień Dobry TV. Zostałam bardzo przyjemnie zaskoczona, ponieważ myślałam, że będzie to jakiś typ komedii romantycznej, a dostałam dość dojrzałą opowieść o zmęczonym życiem mężczyźnie, kobiecie chcącej dogodzić każdemu i walce o swoje marzenia. Wszystko to pod szyldem komedii, więc może dlatego tak miło mi się to oglądało. Aczkolwiek w dalszym ciągu jestem to film do obejrzenia i zapomnienia.



Polskie filmy zazwyczaj omijam szerokim łukiem z tego prostego powodu, że po prostu szkoda mi czasu na jakieś mało ambitne i słabo wykonane produkcje, a na takie zazwyczaj mam ochotę. Jednak tak samo jak w przypadku książek, uważam że Polska pod względem również filmowym dość mocno się rozszerza. 7 rzeczy, których nie wiecie o facetach to nie był mój priorytet, ale tak się jakoś złożyło, że na niego wpadłam. I muszę przyznać, że spodziewałam się komedii romantycznej "na raz", a otrzymałam coś w sumie wartościowego. Nie mogę powiedzieć, że nagle przejęłam tok myślenia faceta, ale te kilka historii różnych mężczyzn, które poniekąd są ze sobą powiązane naprawdę mi się podobały! Reżyser poruszył też troszkę cięższe tematy- stres pourazowy, rozwód, ciążę, aborcję- w małych ilościach i pod etykietką "komedia", ale czuję, że najczęściej to właśnie takie przedstawienie sprawy najmocniej trafia do odbiorców.



Córkę prezydenta w zasadzie oglądałam drugi raz, ale ten film niezmiennie wprawia mnie w dobry nastrój i odgania wszystkie złe rzeczy.  Mandy Moore, którą kocham za jej wcześniejszą rolę w Szkole uczuć ( jeden z ulubionych!), oraz Matthew Goode który czaruje uśmiechem. Tego aktora znam też z Oświadczyn po irlandzku, które szczerze mówiąc uwielbiam i oglądałam wcześniej, więc jakiś tam pozytywny posmak został. Ogólnie to myślę, że większość z was oglądała ten film, ale kto tego jeszcze nie zrobił- warto. Jeśli nie dla aktorów i samej fabuły, to chociaż dla pośmiania się i zabicia czasu czymś co nie nuży i nie żenuje na co drugim kroku. I dla samego klimatu początku wieku XXI- nie wiem jak Wy, ale dla mnie filmy z tamtego okresu, a filmy teraźniejsze dzieli dość spora różnica.


GORĄCY TOWAR  |7/10|

Gorący towar obejrzałam w sumie z dwóch powodów. Po pierwsze- Sandra Bullock. Jak już wspominałam wcześniej- jedna z moich ulubionych aktorek. Ciągle nadrabiam filmy z nią związane, te popularne bardziej i mniej, i niezmiennie ją uwielbiam. To taki typ kobiety, która się nie starzeje a z wiekiem wręcz robi się coraz piękniejsza. Powód numer dwa- Melissa McCarthy. Nie znałam wcześniej tej aktorki, ale sam jej wygląd krzyczy, że film z nią będzie zabawny. A ja lubię śmieszne rzeczy. Rezultat- role się odwróciły. Sandra bardzo dobrze wypadła, ale to Melissa zgarnęła całą moją uwagę. Czy to tym byciem wbrew zasadom, czy to tymi sarkastycznymi uwagami czy samym podejściem do życia. A Sandra jakby za nią deptała i nie mogła nadążyć. Obie były dobre, ale McCarthy to moje odkrycie wakacji. Jednak pomimo plusów film nie spodobał mi się aż tak bardzo bym chciała do niego wracać. Ot, lekka komedyjka na wieczór. Zabawna i momentami urocza, ale w dalszym ciągu "na raz".



Za tydzień zobaczycie drugą część mojego wakacyjnego podsumowania filmowego i mam nadzieję, że czekacie na to równie mocno jak ja! :))
Czytaj dalej

Mój pierwszy raz z książką



  Kiedy Jadwiga z bloga Zajęcza Nora napisała do mnie z pytaniem czy dołączę się do jej akcji "Mój pierwszy raz", pomyślałam że to niemożliwe. Niemożliwe, żebym napisała post o tym jak to się zaczęło, kiedy ja nie wiem jak to się zaczęło.Bo wiecie- na świecie istnieje mnóstwo osób, które idealnie potrafią określić, która książka obudziła w nich miłość do tej rozrywki. Rzucają tytułami, klasami, latami- pamiętają uczucia jakie im towarzyszyły podczas lektury, wiążą z nimi konkretne osoby oraz wspomnienia.
Cóż- ja się do nich nie zaliczam.

  Wiele razy w mojej obecności padło pytanie "Jaka książka była pierwsza?", a ja za każdym razem usilnie główkuję, licząc na to, że może tym razem uda mi się sprowokować pamięć do działania. Jak dotąd to się nie udało. Pamiętam za to masę innych szczegółów i to właśnie nimi chcę się tutaj podzielić. Ostrzegam- będzie długo ;)

  Kontakt z książkami zaczął się od czasu kiedy byłam małym brzdącem. Miałam mnóstwo książeczek z różnymi bajkami- Tuwima, Brzechwy, Chotomskiej. Są to nazwiska, które dla mnie stanowią kanon literatury dziecięcej, każdy powinien je znać. Na początku były obrazki, potem czytała mi babcia, a potem w grę wszedł mój upór ze słowami "ja ce sama". To w sumie zostało mi do dzisiaj ;) I tak minęły mi lata dziecięce i zaczęły się lata młodszej podstawówki, czyli okres 7-10 lat.

  To tam miałam po raz pierwszy styczność z "prawdziwą książką", wiecie dużo stron, minimum obrazków. Wtedy zaczęła się moja miłość do lektur, która skończyła się z czasem gimnazjum. Ale o tym za chwilę. Z czasu młodej podstawówki w pamięć zapadły mi dwie książki- "Dzieci z Bullerbyn" oraz "Piątka z Zakątka". Obie czytałam po co najmniej trzy razy i za każdym razem bawiłam się tak samo świetnie. Obie były też prezentami gwiazdkowymi od rodziców, a musicie wiedzieć, że do tej pory ci niechętnie kupują mi książki ;)

  W klasach 4-6 nastąpił mój przełom czytelniczy. Do dzisiaj pamiętam, że pierwszą lekturą przeczytaną w tamtym czasie była "Mała księżniczka". Od tego momentu upłynęło mnóstwo czasu, ale emocje jakie towarzyszyły mi przy czytaniu tej książki pamiętam do dziś, mimo że fabuła w mojej głowie wyblakła. Potem były "Ten obcy","Przygody Tomka Sawyera" oraz "Szatan z siódmej klasy"- takie moje mini podium. Patrząc z perspektywy czasu mogę pokusić się o stwierdzenie, że dwie ostatnie to był taki początek zamiłowania do powieści gdzie główną rolę gra zagadka i rozwiązanie tajemnicy ;) Gdzieś pomiędzy zaplątały się "Opowieści z Narnii". Nie była to jednak lektura, a prezent który dostałam od cioci i zapragnęłam ją przeczytać, o czym by tylko nie była. Bardzo mi się spodobała i być może dała zalążek mojej sympatii do opowieści fantastycznych ;) Gdzieś pod koniec okresu starszej podstawówki zaplątałam się jeszcze w wir "Ali Makoty" ( która była moją pierwszą samodzielnie kupioną książką) oraz powieści Pani Małgorzaty Musierowicz, które również oceniam jak najbardziej pozytywnie.Wtedy nie miałam jeszcze tak wybrednego gustu czytelniczego i podobało mi się praktycznie wszystko.

  Gimnazjum rozpoczęło się dla mnie dość przebojowo, ponieważ zaraz na progu nauczycielka rzuciła w moją stronę "Faraona" Prusa i kazała przeczytać na za tydzień. Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się to. Przeczytałam ledwie kilka rozdziałów i chyba po raz pierwszy znienawidziłam lekturę szkolną. A to był dopiero początek. "Krzyżacy", "Ogniem i mieczem" i kilka innych perełek były następne. To troszkę ostudziło mój entuzjazm i zaczęłam sobie darować lektury szkolne. Jako zamiennik pojawiły się romanse. Teraz jestem pewna, że właśnie te małe niepozorne Harlequiny obudziły we mnie miłość do tego gatunku, a ja ciągle poszukuję coraz to nowszych i oryginalniejszych tytułów. Najpierw podkradłam kilka Harlequinów mamie, potem zaczęłam czytać wersje pdf ( nie oceniajcie proszę ). W tamtym okresie byłam młoda i głupia. Miałam tylko telefon, na którym pochłaniałam coraz to nowsze tytuły, a wiecie jak to jest czytać coś na telefonie przez dłuższy czas.Wtedy właśnie mój wzrok dość gwałtownie się pogorszył, a ten fakt stopniowo zaczynał leczyć mnie z czytania plików pdf, co zostało mi do dzisiaj.

  Gimnazjum to nie tylko okres gorących romansideł, które zdecydowanie były przeznaczone dla starszej wersji mnie ( teraz to wiem). Wtedy też zapisałam się do miejskiej biblioteki. Na początku książki wybierała dla mnie Pani Bibliotekarka. Często przebiegało to w ten sposób: "Mamoo, jak skończysz pracę, podskoczysz mi wypożyczyć parę fajnych książek?". Mama mówiła tak, ale decyzję co do tytułów zostawiła wykwalifikowanym rękom. Nawet nie wiecie ile frajdy dawał mi powrót mamy z reklamówką pełną książek, a potem wyciągania ich po kolei i czytania opisów. Fajny był wtedy czas. Nie wiedziałam co w wydawnictwach piszczy, nie czekałam na premierę jakiejś książki, cieszyłam się z tego co Pani Bibliotekarce, a w późniejszym czasie mi samej, udało się wygrzebać z bibliotecznych półek. I nawet nie wiecie ile wspaniałych tytułów, które do tej pory pamiętam, poznałam.

  Z gimnazjum wyniosłam też kilka fajnych czytelniczych wspomnień. To nie był tylko czas Sienkiewicza czy Prusa. Niesamowicie urzekł mnie "Oskar i Pani Róża", którego pochłonęłam w jeden wieczór przy lampce. "Poczwarka" Pani Doroty Terakowskiej to też było coś! "Quo Vadis", z którym wiąże się dość śmieszna historia też bardzo mi się podobało- chociaż dużo opisów ominęłam ;) Bo tak naprawdę nie trzeba było tego czytać- wystarczyło oglądnąć film i rozwiązać kartę pracy, ale ja uznałam że Ligia i Marek Winicjusz są na tyle fajni, że warto o nich poczytać. No i poczytałam.

  Czas między ukończeniem gimnazjum, a zaczęciem nauki w szkole średniej to był jeden wielki przełom. To właśnie wtedy przeczytałam "Bez mojej zgody" i rozpoczęłam blogowanie. Czytelnia Dominiki od ponad trzech lat nazwy nie zmieniła, za to wygląd już czterokrotnie. Ale zawsze pisałam tutaj ja, to tutaj w pewnym sensie dorastałam, bo starsi bywalcy poznali mnie już jako szesnastolatkę ;) Wtedy blog książkowy nie był jeszcze tak znaną formą promocji książek jak teraz. Wtedy była nas garstka, przynajmniej ja tak to pamiętam. Ale miałam jakieś autorytety. To u nich pojawiały się coraz to nowsze książki, stosiki, informacje o innych książkach... i wsiąkłam.

  Pierwszą współpracę z Wydawnictwem rozpoczęłam po odbyciu dwuletniego stażu w blogosferze, zapowiedziami na poważnie zaczęłam interesować się jakoś ponad rok temu, a moja biblioteczka na lubimy czytać liczy sobie ponad 700 pozycji "chcę przeczytać". Wsiąkłam i czasami tęsknię do takiego czasu błogiej nieświadomości i braku obycia w temacie książek. Ale widziałam i przeczytałam za dużo, żeby to cofnąć. Zresztą nie wiem czy w ogóle bym chciała jakbym miała taką możliwość. Tęsknota tęsknotą, ale w ciągu tych trzech lat poznałam wiele świetnych historii, odkryłam kilka marzeń które chciałabym spełnić i pokochałam muzykę. Tutaj w pewnym sensie dorosłam, a książki które czytałam, zwyczajnie mi towarzyszyły. Teraz mnie wyprzedzają bo ich ilość rośnie w zatrważającym tempie, ale wciąż wierzę że kiedyś je dogonię. Przede mną jeszcze masa na pewno wspaniałych historii, które ukształtują mnie jeszcze inaczej. Ale mniej więcej tak to wszystko się zaczęło. Nie umiem już bardziej skrócić tej historii. I tak się hamowałam by nie zacząć Was nudzić. Dziękuję wszystkim, który mimo wszystko dotrwali do końca- jesteście wspaniali!
Dla mnie był to wspaniały powrót do dzieciństwa i lat późniejszych, przeanalizowanie swojego czytelniczego życia i zapoznanie Was z tymi szczegółami.


  Jednak niemożliwe stało się możliwe. Jest post, lektura do poduszki. Długi, bo długi, ale pozwolił mi uporządkować wiele czytelniczych zagwozdek. Jadwigo- dziękuję za stworzenie takiej inicjatywy, bo bez tego pewnie nie dałabym rady sięgnąć aż tak daleko w przeszłość. A tak to udało mi się poznać książkowe korzenie i bardzo się z tego cieszę.


A jak to było w Waszym przypadku?


Grafika zaczerpnięta została z bloga organizatorki.

Czytaj dalej

Tess Gerritsen- "Dawca"

  

Oryginalny tytuł: Harvest
Rok polskiego wydania: 2012
Wydawnictwo: Albatros
Ocena: 7/10


  Są tacy autorzy, których czytałam kilka lat wstecz i wtedy myślałam: "Wow, to było super! Nie mogę się doczekać aż sięgnę po coś innego z dorobku tej autorki!". Jednak miesiące mijają, początkowa ekscytacja zanika,a książka odchodzi w zapomnienie. I kiedy kawał czasu później, przez przypadek trzymasz w ręku inny tytuł lubianego pisarza zastanawiasz się, dlaczego zeszło Ci z tym tak długo.

  Tess Gerritsen to właśnie taki typ autorki. Nie chcę wprowadzić Was w błąd, ale wydaje mi się, że kilka lat temu czytałam "Bez skrupułów". Dwie opowieści zawarte w jednej książce. Bardzo mi się podobały, świetnie się przy nich bawiłam, ale dopóki nie wzięłam do ręki "Dawcy" to nie pamiętałam dlaczego. Ta książka odświeżyła mi pamięć i idealnie wpasowała się w dziurę czytelniczą, w której w tamtym momencie byłam.

  Abby DiMatteo jest stażystką na oddziale transplantologii i bardzo konkretnie dąży do celu. Kiedy więc wbrew przełożonym podejmuje decyzję by wszczepić serce osobie, która jest pierwsza w kolejce na przeszczep, a nie komuś kto w tę kolejkę się wepchnął, rozpętuje się piekło. Abby grozi zwolnienie z pracy, utrata kariery, a może nawet śmierć. Okazuje się bowiem, że kobieta wplątała się w sprawę nielegalnego handlu narządami, a nikt nie chce by prawda wyszła na jaw. Jak zachowa się lekarka?

  Na początku muszę powiedzieć, że z własnej woli raczej nie sięgnęłabym po ten konkretny tytuł tej autorki. Ale, że "Dawca" trafił do mnie tylko na chwilę,to się przemogłam. Bo thrillery medyczne to nie do końca mój gatunek. Nie dla mnie są opisy przecinania kości, przeszczepiania narządów czy nacinania tkanek i tym podobne. Momentami robiło mi się słabo i po prostu musiałam odłożyć lekturę i zrobić głęboki wdech. Ale sam aspekt kryminalny ujął mnie całkowicie. Co prawda po pewnym czasie miałam już swoje podejrzenia co do winowajcy, które się sprawdziły, ale nie umniejszyło to mojej przyjemności z lektury.

  Książka sama w sobie porusza dość istotne myślę tematy porzuconych sierot, zabijania dla narządów i nadmiernego pragnienia pieniędzy. Czasami myślę, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach czy książkach, ale jakby pomyśleć głębiej- to dzieje się naprawdę, tylko nie w moim świecie. Serce mi się krajało gdy narracja przenosiła się do Jakowa, dziecka, któremu obiecano rodzinę. To takie niesprawiedliwe, że małe dzieci muszą o nią walczyć.  Sam handel narządami to również pojęcie względne- niby złe, ale gdy znajdujemy się w sytuacji podbramkowej, mamy umierającą ukochaną osobę, pieniądze, a jedyne czego nam brakuje to czas-  taki handel to wybawienie. Nie do mnie należy ocenianie pojęcia dobra i zła, każdy ma swoją opinię. Ale próbowałam postawić się w sytuacji osoby, która pieniądze ma i może coś przyspieszyć, oraz w sytuacji osoby, która może tylko czekać. Żadna perspektywa nie jest do końca dobra. Nie jestem pewna czy umiałabym funkcjonować, wiedząc że dzięki mojemu egoizmowi i lepszej sytuacji materialnej, dostałam narząd przeznaczony dla kogoś innego, i ta osoba zmarła. Naprawdę nie wiem.

  Pierwsze sto stron było dość ciężkie do przebrnięcia, przez co wiele osób mogło się zniechęcić już na początku. Poza tym samo zakończenie było jakieś takie nijakie, ogólnikowe, żadnych konkretów. To są dwa minusy, do których mogłabym się przyczepić, ale i tak bardzo się cieszę, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Wątek romantyczny jest, ale bardzo malutki i podąża w zupełnie innym kierunku niż na początku zakładacie. Myślę, że mogę to zaliczyć jako plus :)

  "Dawca" był świetną odskocznią od New Adult, romansów i fantastyki, które w tamtym czasie pochłaniałam nagminnie. Wypełnił mi czas i uświadomił, że potrzebowałam jakiegoś thrillera czy kryminału. Tess Gerritsen po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać, a ja wiem, że w przyszłości na pewno sięgnę po jakieś jej książki. Na początek stawiam sobie cel: seria Rizzoli & Isles. Ktoś poleca? :)

Czytaj dalej

Nowe książkowe nabytki

Pomyślałam sobie ostatnio, że przygotowałabym dla Was stosik, powszechnie zwany bookhaulem. Wiecie-książkowe nabytki z ostatnich tygodni. Wchodzę w archiwum bloga i przeżywam szok. Nieczęsto kupuję nowe książki, zazwyczaj długo muszę czekać, żeby Wam tutaj coś konkretnego pokazać. Ale nie sądziłam, że ostatni stosik pojawił się tutaj w zeszłym roku :D Tak więc dzisiaj macie możliwość zobaczyć książki, które zasiliły moją biblioteczkę w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy ;)

Podzieliłam je na dwie grupy- te, które już przeczytałam i te, które wciąż czekają na swoją kolej. Dodatkowo w tej pierwszej, klikając na tytuł-przenosicie się do mojej opinii, jeśli takowa powstała.

PRZECZYTANE:


"Zanim się pojawiłeś"- zakup własny, kilka miesięcy przed premierą filmu, kiedy to ta książka była dość trudno dostępna.
♥"Po prostu bądź"- efekt wymiany książkowej
♥"Powrót do Daringham Hall"- prywatna wymiana
" Purgatorium. Wyspa tajemnic"- wygrana w konkursie
♥"Ania z Avonlea"- prezent 
"Chłopak na zastępstwo"- egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young
♥"Małżeńska fuzja"- zakup własny
♥"Bestia"- efekt wymiany książkowej
"Na krawędzi nigdy"- zakup własny
"Ulubione momenty"- egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Media Rodzina


NIEPRZECZYTANE:


♥"Klucz Niebios"- efekt wymiany książkowej
♥"Nieprzekraczalna granica"- wygrana w konkursie
♥"Piękny nieznajomy"- zakup własny
♥"Carrie Pilby. Nieznośnie genialna"- prywatna wymiana książkowa
♥"Losing hope"- efekt wymiany książkowej
♥"My map of you"- zakup własny ( za 11 zł w Empiku, wersja anglojęzyczna!)
♥"Harry Potter i Kamień Filozoficzny"- zakup własny ( nie wierzę, że kupiłam HP i nie wiem czy w sumie będę go czytać, ale za 5 zł w antykwariacie szkoda było mi zostawić)
♥"Układ"- zakup własny
♥"Do wszystkich chłopców, których kochałam"- prywatna wymiana książkowa


Tak przedstawiają się moje nowe książkowe nabytki. Wiele z nich to moje ukochane, wyczekiwane i wypieszczone egzemplarze, których nie oddam nikomu ;) Ale przeważają tutaj jednak książki z przeróżnych wymian, co jest moim mini uzależnieniem ;) 



Czytaj dalej