Filmowa Dominika: "On-drakon", "Tuck Everlasting"

Kiedyś posty filmowe były u mnie dość często spotykanym zjawiskiem, a potem odpuściłam je sobie, twierdząc, że nie mam wystarczającej wiedzy by rzetelnie je oceniać. I w sumie to się nie zmieniło- dalej jestem laikiem w sprawach filmowych, jednak wiem co mi się podoba, a co nie. I dlatego Filmowa Dominika przeżywa swoją reaktywację. Będzie raz na jakiś czas i tylko wtedy kiedy znajdę coś co chcę Wam polecić. Na świeżo, kilka dni po seansie. Dzisiaj na tapetę biorę dwa obejrzane w tym tygodniu filmy- zapraszam.


Natrafiłam na ten film przeglądając mojego FB, była to jedna z tych stron typu 1000 filmów, które... .
Zrobiłam screena i od tamtej pory ten tytuł nie dawał mi spokoju. Tym bardziej, że zewsząd krzyczały do mnie opinie "cudowny film!", "jeden z najpiękniejszych", "niesamowita baśń". No to się skusiłam.

Jest to opowieść o Mirze, księżniczce, którą porywa smok. Jednak smok tak do końca też smokiem nie jest, co już na początku stwarza nam obraz niespotykanej miłości. I dobrze! To jest baśń, w baśniach wszystko jest możliwe, a zwłaszcza kiedy są tak piękne i magiczne jak ta.

On-drakon, to po polsku Zaklęty w smoka ( już po samym tytule możecie domyślać się rozwinięcia akcji), jednak do mnie przemawia bardziej wersja oryginalna. Oryginalna, czyli rosyjska. Tak, tak- mnie na początku też to raziło, jednak naprawdę ujęła mnie kultura Wschodu, stroje, śpiewy oraz nawet sam język, za którym w rzeczywistości nie przepadam.

Nie potrafię stwierdzić czy jest to produkcja niskobudżetowa czy nie, jednak takie informacje znalazłam w internetach, więc na nich się teraz opieram. Dlatego podoba mi się to, że mimo iż w ten film nie poszło aż tyle pieniędzy, ile ładuje się w bardziej znane produkcje, to jest on lepszy od niejednej z nich. Bardzo klimatyczny, wzruszający, mądry i dający nadzieję. Naprawdę warto obejrzeć i zatracić się w historii Miry i Armana.



Drugi z tytułów również przemawia do mnie tylko i wyłącznie w wersji oryginalnej, zamiast polskiego Źródła młodości. Co zabawne- miałam go na liście "do obejrzenia" już od bardzo dawna, nawet nie chcę liczyć od kiedy dokładnie, bo wtedy musiałabym zmierzyć się z faktem, jak dobrą produkcję miałam przed nosem i jej nie odtworzyłam.

Rodzina Tucków mieszka samotnie w lesie, oddalona od ludzi i przez nich zapomniana. Dawno temu napili się wody ze źródełka, które okazało się magiczne. Stali się nieśmiertelni. Nie mogą umrzeć, nie czują bólu, wyglądają tak samo jak w dniu, w którym wszystko się zmieniło. I wtedy w ich świat wkracza Winnie- dziewczyna z dobrego domu, która pragnie doznać odrobiny wolności. Zakochuje się z wzajemnością w Jessem, wiecznie młodym chłopaku, jednak czy będzie na tyle odważna by żyć i żyć i żyć?

Muszę przyznać, że ten film to petarda. Jest tak niesamowity, że aż brak mi słów. Alexis Bledel, czyli Winnie zawsze kojarzyła mi się z dżinsami*. Po Tuck Everlasting dołączyła do grona moich ulubionych aktorek. Jest piękna i idealnie pasuje do roli panny Foster. Jesse jest przystojny, Miles również, a Mae Tuck jest idealną filmową mamą.

Film powstał na podstawie książki Natalie Babbitt, jednak z tego co mi wiadomo, ta nie została przetłumaczona na język polski. Mamy tutaj przepiękną ścieżkę dźwiękową, przepiękne krajobrazy i przepiękną historię, z której zapamiętałam słowa: "Nie lękaj się śmierci, raczej nieprzeżytego życia.".

Niesamowicie wzruszyła mnie też końcówka. Niby wiedziałam, że tak może się stać, ale zakładałam inny scenariusz. Na początku nie mogłam się z tym pogodzić, ale potem uznałam, że to było naprawdę dobre posunięcie. I inne wszystko by zepsuło.

* "Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów" ;)


Dajcie znać czy zachęciłam Was do któregokolwiek z tych filmów. Byłoby super, bo właśnie po to powstał ten post ;) A może już widzieliście i chętnie ze mną podyskutujecie?

Czytaj dalej

Leslye Walton- "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender"


Oryginalny tytuł: The Strange And Beautiful Sorrows of Ava Lavender
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Wydawnictwo SQN
Ocena: 8/10


  "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" to powieść dość...osobliwa i cudowna. Gwarantuję Wam, że czegoś takiego jeszcze nie czytaliście i raczej nie powinniście być zawiedzeni, chociaż kto tam wie. Myślę, że jest to taki typ książki, który jest na tyle inny i można rzec szokujący, że niby powinien oczarować każdego, ale może też coś pójść w drugą stronę. Osobiście nigdy nie zamierzałam czytać Avy Lavender, ponieważ nijak mnie do siebie nie przekonywała. Nawet okładka, która czarowała wszystkich, mi wydawała się zwykła i mało zachęcająca. Ale miałam okazję, skorzystałam z niej i nie żałuję ani jednej minuty poświęconej książce. Wbiła się w lukę, kiedy szukałam... czegoś. Nie do końca romansu, nie do końca fantastyki, nie do końca kryminału. I mimo, że książka łączy w sobie po troszkę każdego z tych elementów, to najzwyczajniej w świecie jest po prostu osobliwa i niezwykła.

  Tak naprawdę ciężko powiedzieć mi o tej książce cokolwiek, gdyż boję się, że popełnię wielki fail i coś niechcący zaspoileruję. A tego bym nie chciała.  Ale tak ogólnie to książka traktuje o trzech pokoleniach rodziny Lavender, ale całą historię opowiada tytułowa Ava. Śledzimy losy tych ludzi, mamy wgląd w przeszłość i to nie za pomocą retrospekcji, a za pomocą takich kilku leniwych pierwszych rozdziałów. Mówiąc "leniwych" nie mam na myśli "nudnych". Chodzi mi o takie, gdzie autorka nie spieszy się z przedstawieniem historii, ale się też nie ociąga, Czas płynie, przekręcasz kartkę za kartką i nawet nie zauważasz, że jesteś już w połowie.

  Tak naprawdę każdy tutaj ma odrębny charakter, każdy się wyróżnia, a jak się nie wyróżnia to po prostu zostaje na dalszym planie i jest tylko wspomniany mimochodem. Mamy kogoś kto nie potrafi sobie radzić z uczuciami, kogoś kto od lat jest nieszczęśliwie zakochany, kogoś kto nie mówi, kogoś kto się jąka, kogoś kto jest przebojowy oraz kogoś kto ma obsesję. To tylko kilka przykładów, jednak sami widzicie jak wielka różnorodność tutaj panuje.

  Klimat to kolejny atut tej książki. Raz jest spokojny, raz gwałtownie rośnie napięcie, potem robi się strasznie, tak strasznie że ma się ochotę zamknąć oczy i czytać dalej, co samo w sobie jest niemożliwe. Panuje tutaj taka atmosfera niewiadomej- nie wiemy co wydarzy się na następnej stronie. Mamy ochotę przekręcić parę kartek w przód, poczytać i wrócić do przerwanego momentu. Ciekawość rośnie, a ostatnie rozdziały to punkt kulminacyjny. Niby czytasz i widzisz prawdę, ale za chwilę masz ochotę się cofnąć i zobaczyć czy aby na pewno wzrok Cię nie zmylił. Cudne uczucie.

  Styl pisania Leslye Walton jest lekki, czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Przez książkę się wręcz płynie i z radością będę oczekiwać jej nowych powieści. W sumie tak naprawdę jedynym większym minusem jest dla mnie zakończenie, gdyż chyba się nie zrozumieliśmy. Serio- czytałam to kilka razy i dalej nie bardzo widzę w tym sens i logikę. I mimo, że tak idealnie pasuje do całości, to jednak niesamowicie dręczy mnie fakt, że nie pojmuję tego co się stało. Mógłby mnie ktoś olśnić? :D

  Jeśli jeszcze tego nie wywnioskowaliście, to spieszę donieść, że macie przeczytać tę książkę. Nie rozkazuję, ale daję Wam wskazówkę, która książka jest warta Waszego czasu i od której nie będziecie mogli się oderwać. Wydawnictwo SQN- robicie to dobrze! Już po raz kolejny sięgnęłam po książkę od Was, co do której nie byłam przekonana, a która tak bardzo mi się podobała. Jesteście super!

Czytaj dalej

Podsumowanie jesieni 2016

Miesięczne podsumowania to taki typ postów, które uwielbiam przygotowywać. Sięgam myślami wstecz, wyłapuję ciekawe momenty, fajne książki, filmy i wydarzenia. Siedzę nad tym kilka dni, żeby było ciekawie, wyczerpująco i jak najbardziej rzetelnie, bo wiadomo że pamięć jest ulotna i czasem zawodzi. A jednak odkąd zaczął się rok szkolny zaniechałam pisania podsumowań. Powód był prosty- jestem w klasie maturalnej, więc nie czytam tyle ile bym chciała ( chociaż ostatnio coś się w tym względzie zmienia), a nie chciałam pisać tylko po to, aby coś było. Uznałam, że lepsze będzie podsumowanie kwartalne, bardziej obszerne i mam nadzieję ciekawe. A tak się złożyło, że miesiące wrzesień, październik i listopad to miesiące jesieni, czyli mojej ulubionej pory roku.


Nie bez powodu nazywam siebie jesienną dziewczyną. Wtedy jestem pełna zapału do pracy, nie ogarnia mnie zniechęcenie jak większości ludzi i jestem pełna optymizmu. Chociaż w sumie staram się, aby optymizm towarzyszył mi przez cały rok. Rzecz w tym, że najlepiej czuję się jesienią. Wtedy można się najfajniej ubrać, poczytać pod kocem z kubkiem gorącej herbaty czy słuchać odgłosu szeleszczących liści. Nawet choroby mi nie przeszkadzają. Jednak wrzesień i pierwszy tydzień października upłynął mi pod znakiem stresu, jako że miałam poprawkę mojego egzaminu zawodowego. Jestem z tych osób, które przejmują się każdą drobną rzeczą, a jak widzicie nawet z miesięcznym wyprzedzeniem. I chociaż poświęciłam czas nauce ( co odbiło się na moim czytelniczym wyniku), to stres zrobił swoje. Jednak ten etap mam za sobą, ponieważ dokładnie dwa dni temu, w piątek dowiedziałam się, że udało mi się zdać.


Za to trzy kolejne tygodnie października upłynęły mi bardzo intensywnie i w sumie nie wiem kiedy zleciały. Wiem jednak, że był to jeden z najlepiej przeżytych miesięcy tego roku. Udało mi się pojechać na dwudniową wycieczkę do Szczawnicy, zaczęłam i skończyłam uczęszczać na kursy przedmałżeńskie, byłam na weselu ( chociaż nie polecam iść z prawie obcą osobą towarzyszącą) oraz oglądałam z przyjaciółkami filmy w ramach naszej prywatnej nocy filmowej. Poza tym 25 października obchodziłam swoje urodziny, co było kolejnym powodem do świętowania. Ogólnie październik spędziłam w rozjazdach i na spotkaniach ze znajomymi, skutkiem czego rzadko kiedy miałam czas na czytanie, jednak o dziwo przy tak napiętym grafiku mój wynik prezentuje się niesamowicie.


O listopadzie nie ma co za wiele mówić, poza tym że nawet nie wiem kiedy minął. Nie robiłam raczej nic produktywnego, dzień leciał za dniem i tak odbiłam sobie zabiegany październik. Miałam kilka planów, które nie wypaliły, oraz chorobę która uwięziła mnie w domu na kilka dni. Ale nie ma tego złego- w tym czasie udało mi się przeczytać trzy książki, co mocno podniosło mi samoocenę ;) Pisałam też próbne matury- chociaż mam na ten temat tyle do przedyskutowania, że chyba potrzebowałabym całego czystego arkusza ;) Matematyka i rozszerzona geografia były dla mnie trudne, język polski miał ciekawy temat wypracowania, a angielski z kolei miał proste zadania i teksty. Czyli fifty-fifty. Wiem już co umiem, na co muszę zwrócić uwagę i nad czym popracować. Jak dla mnie takie maturki powinny być raz na miesiąc, żeby sprawdzić siebie, bo samemu czasem trudno o motywację ;)


Wrzesień rozpoczęłam bardzo optymistycznie, mianowicie kontynuując zaczęty w sierpniu "Ognisty pocałunek", który okazał się tak wciągający i tak świetny, że nie potrafię uwierzyć dlaczego zwlekałam z czytaniem tak długo. Potem zabrałam się za "Prawo Mojżesza", egzemplarz recenzencki, który otrzymałam,kiedy straciłam już nadzieję na lekturę. I ten również okazał się interesującą książką, przede wszystkim dość oryginalną.  Październik rozpoczęłam "Chłopakiem z sąsiedztwa", którego czytałam w wersji "suchej", czyli tekście na zwykłych białych kartkach i było to moje  pierwsze tego typu doświadczenie. Choć mnie te kartki przerażały to ze zdumieniem stwierdziłam, że czytało mi się całkiem przyjemnie. Następnie mamy "Tego lata stałam się piękna", tytuł który złapałam w okazyjnej cenie na szkolnej wycieczce i który nie rozczarował mnie, ale też nie uważam że sięgnę po jego kontynuację. Żeby nie było tak pięknie w międzyczasie musiałam wcisnąć gdzieś "Jądro ciemności". I chociaż myślałam, że pójdzie szybko- wszak jest to 70 stron, to książka niemiłosiernie się dłużyła i jestem pewna, że jest to jedna z moich naprawdę bardzo nielubianych lektur. Październik zakończyłam "Osobliwymi i cudownymi przypadkami Avy Lavender", które były nieco... chore, ale niesamowicie oryginalne i wciągające. Nastał listopad, a wraz z nim pojawił się natłok książek z Book Tourów, skutkiem czego czytałam praktycznie tylko te. "Paragraf 5"  był pierwszą dystopią, którą przeczytałam po kilkumiesięcznym odwyku od gatunku i słowo daję- był wyśmienity. "Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię" to dla odmiany egzemplarz recenzencki, który przeczytałam szybko i uważam za całkiem dobre zakończenie serii, aczkolwiek chyba już wyrosłam z takich historii. Udało mi się też dokończyć "Arktyczny dotyk", który mimo moich usilnych próśb, okazał się gorszy od swojej poprzedniczki. "Angelfall" to kolejna książka listopada, spodziewałam się po niej troszkę czegoś innego, ale nie jestem rozczarowana. Co my tu jeszcze mamy? "Moje serce i inne czarne dziury", książkę która wywarła na mnie spore wrażenie i która ma naprawdę oryginalną główną bohaterkę. Sam koniec miesiąca przyniósł mi tytuł, który od naprawdę bardzo dawna miałam na oku, czyli "Księżniczkę z lodu". Jestem bardzo zadowolona z lektury i już nie mogę się doczekać kolejnych części.


Przez ten okres bardzo często wybierałam łatwiejszą opcję, czyli filmy. Obejrzałam ich aż 14 plus te, które widziałam po raz kolejny. Pierwszy z nich- Nerve okazał się bublem, rozczarowaniem i bardzo wielkim niedopowiedzeniem. Odbiłam to sobie oglądając Sekretne życie zwierzaków domowych, które było zabawne i ciekawe, jednak nie darzę go tak wielkim uczuciem jak się spodziewałam po zwiastunach. Potem WRESZCIE udało mi się zobaczyć ekranową wersję drugiej części Kosogłosa, która oczywiście mnie nie zawiodła, bo jakżeby mogła. Planeta Singli to kolejna polska produkcja, która mi się podobała, no bo Stuhr ♥ Rio 2 uważam za kiepską kontynuację, o wiele bardziej ujęła mnie jedynka, jak dla mnie działanie dla kasy. Dziennik Bridget Jones włączyłam w sumie dlatego, że widziałam zapowiedź trzeciej części, ale choć było zabawnie, to jednak nie jest to film, do którego chcę wracać. Kolejne dwa filmy to moje odkrycia listopada. Szkolna imprezka oraz Ilu miałaś facetów?. Oba zabawne, urocze i wciągające. Idealnie wpasowały się w moje gusta i będę polecać i szerzyć je dalej. Epoka lodowcowa 1&2 oglądałam po raz pierwszy i każdy mnie przekonywał jakie to będzie super, a było... średnie. Fajne jako bajka, ale nawet w połowie nie tak fajne i śmieszne jak oczekiwałam. Z niecierpliwości co będzie dalej odpaliłam Szkolną imprezkę 2, która była zabawna, ale brakowało mi paru rzeczy, które zauważyłam w jedynce. Teraz proszę się nie śmiać, ale widziałam też Barbie jako Roszpunka- jeden z nielicznych filmów o Barbie, który został mi do oglądnięcia. Na sam koniec miesiąca przypadł Jumper, film który poleciła mi koleżanka i który miał parę wad i niedociągnięć, ale oglądałam go z prawdziwą przyjemnością. No i Wielki Gatsby- ta sama koleżanka i bałagan w głowie po seansie.



Wy wiecie, że ja nie bardzo lubię planować mój TBR, ale tak się złożyło, że mam dwie pożyczone książki i lekturę i to na nich muszę skupić swoją uwagę. Są to: "Girl online", "Traktat o łuskaniu fasoli" oraz "Granica". Więc to jest mój plan czytelniczy do końca roku :)
Jeśli chodzi o zapowiedzi to w sumie czekam tylko na "Ostatnie tchnienie", które swoją premierę będzie mieć w styczniu, ale do tego czasu daleka droga jeszcze :)


Chciałabym Was zaprosić na stronę https://www.zaksiazke.pl/, czyli portal wymiany książek. Sama jak na razie wystawiłam kilka tytułów, jeden już wymieniłam, a w zasadzie idę jutro na pocztę wysyłać, ale ogromnie podoba mi się pomysł na to przedsięwzięcie. Mam jedno główne zastrzeżenie, mianowicie brak kontaktu przez prywatne wiadomości, ale da się to obejść, więc nie jest tak tragicznie :) Wejdźcie i zobaczcie o co mi się rozchodzi ;)

Koniecznie dajcie znać czy taki rodzaj podsumowań się Wam podoba czy jednak woleliście te miesięczne ;) Jak wszystko dobrze pójdzie to kolejny taki post pojawi się końcem lutego, także czekajcie. I jak zawsze- czekam na Wasze komentarze odnośnie książek, filmów i seriali- wierzę, że znacie coś z mojego zestawienia, a może sami coś polecicie?

Czytaj dalej

Jesienny stos książkowy

Stosy książkowe to typ postów, który bardzo chętnie u mnie oglądacie, co troszkę mnie dziwi, bo ileż można oglądać książki, które są u kogoś, a nie u siebie :D Jednak bardzo mnie cieszy, że tutaj zaglądacie, dlatego dziś taki stosik dla Was przygotowałam. Ostatni pojawił się na blogu we wrześniu, a że nazbierało mi się trochę nowości, to je pokazuję :)

PRZECZYTANE:


"Chłopak z sąsiedztwa"- egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young z logo mojego bloga w środku :)
"Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?"- egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young
"Goniąc cienie"-wzięłam udział w Book Tourze, a potem zostałam wylosowana jako osoba, która otrzyma tę książkę na własność. Z autografem!
"Prawo Mojżesza"- egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa EditioRed
♦"Tego lata stałam się piękna"- zakup własny
♦"Arktyczny dotyk"- zakup własny

NIEPRZECZYTANE:


♦"Zanim zgasną gwiazdy"- wygrana w konkursie
♦"Ponad wszystko"- zakup własny
♦"Pivot Point"- zakup własny ( tyle szukałam!)
♦"Paper towns"- efekt wymiany
♦"Załącznik"- wygrana w konkursie

3 recenzenckie, 1 z wymiany, 3 wygrane oraz 4 kupione osobiście. 11 książek w ciągu dwóch miesięcy- jest super <3 Tradycyjnie- polecacie coś, odradzacie? A może coś już czytaliście z tego mojego stosu?


Czytaj dalej

Jasmine Warga- "Moje serce i inne czarne dziury"


Oryginalny tytuł: My Heart And Other Black Holes
Rok polskiego wydania: 2016
Wydawnictwo: Wydawnictwo G+J
Ocena: 8/10

   "My Heart and Other Black Holes" zaintrygowało mnie w momencie, kiedy przeczytałam, że polskie wydawnictwo zakupiło do niej prawa. To wszystko wina tej mało zdradzającej okładki, która przewinie się gdzieś tam na dole, a która ujęła mnie od pierwszego wejrzenia. Nasza rodzima wersja okładki również bardzo mi się podoba, mogę na nią patrzeć godzinami, aczkolwiek nie ma w sobie tyle magnetyzmu co ta zagraniczna. Ale tytuł to już w ogóle mistrzostwo. "Moje serce i inne czarne dziury". Przez ten tytuł sięgnęłabym po książkę, nawet gdybym nie wiedziała o czym ona jest. A wiedziałam.

   Życie dotkliwie doświadczyło Aysel. Po tragedii jaka dotknęła jej rodzinę, jest unikana i wytykana palcami przez rówieśników. A tak przynajmniej ona sama twierdzi. Dziewczyna jest smutna i zmęczona życiem, chociaż ma dopiero szesnaście lat. Na tyle smutna i zmęczona, że chce ze sobą skończyć. Boi się jednak, że zabraknie jej odwagi żeby to zrobić samej, więc odpowiada na ogłoszenie na dość specyficznym forum internetowym. Znajduje partnera do samobójstwa. Roman jest rok starszy od niej i również przeżył własną tragedię. Tak samo jak Aysel, pragnie zakończyć swoje życie. Jednak im więcej czasu dziewczyna spędza z Romanem, dostrzega że wcale nie chce razem z nim umierać. Chce razem z nim iść przez życie, ponieważ to on nadaje sens jej szarej egzystencji. Jednak jak przekonać chłopaka, że nie warto robić tego decydującego kroku?

    Aysel to bardzo ciekawa i wyrazista bohaterka. Zacznijmy od tego, że ma tureckie pochodzenie. Zarówno mama jak i tata mieszkali w Turcji, zanim wyemigrowali do Ameryki w poszukiwaniu lepszego bytu. Aysel interesuje się szeroko pojętą fizyką oraz słucha muzyki klasycznej. Już te trzy fakty czynią z niej bohaterkę wyróżniającą się z tłumu. Jest jednak przeraźliwie smutna i w tym swoim smutku, czasem ma czarne poczucie humoru. Nie tryska energią, ani nie jest idealna. Ale pomimo wszystko, pomimo jej szarego spojrzenia na świat, pomimo pragnienia śmierci jakie ją dręczyło, nie potrafiłam jej nie polubić. Już od pierwszych stron skradła moje serce, pomimo tym że znacznie różni się ode mnie samej. Tak przynajmniej twierdziłam na początku. Z biegiem czasu zaczęłam dostrzegać, że i we mnie tkwi smutek, że pełza we mnie taki czarny ślimak. Nie ma to nic wspólnego z pragnieniem śmierci, ale z takim poczuciem pustki i... beznadziejności, jakie czasem ogarnia każdego.

O tej okładce mówię na początku :)

   I mimo iż nie popieram idei samobójstw, to jednak byłam w stanie zrozumieć jakie motywy kierowały bohaterami- Romanem i Aysel. To zasługa autorki, która tak wyraźnie i zrozumiale przedstawiła ten temat. Jak można poczytać w dopisku od Jasmine- książka była jej sposobem na poradzenie sobie ze stratą bliskiej osoby. I najfajniejsze jest to, że w tej książce czuć emocje, widać uczucia i całe serce, jakie autorka włożyła w wykonanie. Książka nie moralizuje, nie podstawia pod nos gotowych rozwiązań. I mimo iż daje nadzieję, to jednak nie zawsze ta nadzieja się ujawnia.

   Zetknęłam się z twierdzeniem, że ta książka przeznaczona jest dla fanów Johna Greena oraz Rainbow Rowell. Osobiście twierdzę, że to nie do końca prawda. Green pisze trochę mdławo, natomiast Rowell to miód, cukier i orzeszki. Sama słodycz. Jasmine Warga różni się od tej dwójki tym, że jej książka wydaje mi się bardziej uczuciowa, bardziej realna oraz bardziej smutna i wesoła zarazem. To takie połączenie teoretycznie niemożliwych do połączenia ze sobą cech, które razem tworzą przepiękną kompozycję.

   Ja jestem więcej niż zadowolona z lektury, którą notabene pochłonęłam w dwa dni. Jest to opowieść o dwójce ludzi, którzy znaleźli się w fatalnej sytuacji życiowej, ale na szczęście w porę dostrzegają, że samobójstwo nie jest jedyną, ani najlepszą opcją. Z mojej strony serdecznie polecam każdemu (chociaż dalej nie potrafię przemóc się, aby poprawnie wymówić imię Aysel).

--------------------------------------------------------------
Książkę przeczytałam w ramach Book Touru organizowanego przez Sylwię z My Books My Life. Bardzo Ci dziękuję za możliwość zagłębienia się w losy Aysel i Romana :)



Czytaj dalej